Powieść futurystyczna. Jest wiek XXIII. Występują: Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka, Alicja Benedykta Brzoza, Istvan Ukradek Zerka i Waleriusz zwany Rozkosznym. Życie w XXIII wieku jest proste i wesołe, bohaterowie radzą więc sobie jak mogą. Nie ma wojen, biedy, rasizmu, patriotyzmu, kotów, ani roślin. Poprawka. Z roślin przetrwała tylko Piwonia Olbrzymia. Bohaterowie są nudni. Nie ma akcji. Życie jakoś tam płynie. Czyli pod tym względem nic się od 300 lat nie zmieniło.
sobota, 31 grudnia 2011
Śliczna samica z jabłkiem w dłoni i piękny samiec z czereśniami nasadzonymi na uszy, a między nimi potwór szczerzący kły. W pięknym ogrodzie, pod drzewem z dziwnymi znakami. Zapewne z zaklęciami demona i jego sprośnym, obelżywym portretem. Sprawa była prosta. Płaski obiekt przedstawiał prarodziców i monstrum. Pierwsza interpretacja była surowa i prosta - potwór zeżarł prarodziców. Potem wersję rozbudowano. Nabrała więcej finezji. Potwór ich omamił i rozdzielił. Poczęstował jabłkami. Skusił czereśniami. Dostali niestrawności i umarli w mękach. Ludzie ciągle ewoluowali. Talent pisarski rósł wraz z frustracją. Pojawili się kapłani. Jeden z nich, obity sandałem przez partnera, wściekły i dość oświecony, zapragnął zemsty. Dostało się matce, psu i Księdze Stworzenia.
A wynikło z tego, co następuje: Potwór zeżarł wszystko i zakochał się w Adamie. By pozbyć się konkurentki podarował Ewie jabłko. W rzeczywistości bombę głębinową o wielkiej sile rażenia. Po upewnieniu się, że Ewa schowała owoc do torebki, ulotnił się z odurzonym Adamem w szponach i ze strasznym śmiechem na wstrętnych ustach. Nastąpiła potężna eksplozja. Jabłko wybuchło. Erupcja zniszczyła cudowny ogród. Mówiąc językiem młodzieżowym, nasza pramatka wypieprzyła w powietrze Raj wraz z sobą i praojcem. Cudowny ogród wcięło. Zostało, co zostało. Syf i beznadzieja. A wszystko to przez bezmyślną kobietę. Złą kobietę. Służkę demona. Studnię nieczystości. Korytko upodlenia. Pudełko szlamu. Szklankę rozpaczy – Ewę.
Aaach! I to się sprzedawało najlepiej. Ta wersja zrobiła zawrotną karierę. Dramatyczna, z elementami horroru, kryminału i groteski. Zdecydowanie najlepiej dopracowana wersja. Królowała na Ziemi przez tysiąclecia, wpędzając rodzaj męski w obłęd i predyspozycję do okaleczania wszystkiego, co się da. Natomiast rodzaj kobiecy obdarzyła kompleksem niższości i niezachwianą wiarą we własną głupotę i niemoc.
Wykwalifikowani Wizjonerzy Nowej Ziemi, w prosty i przystępny sposób zdemaskowali prastary mit o Adamie i Ewie. Powyższą historię zna każde dziecko na Ziemi. Stare kłamstwa stały się historią. Czarną kartą w dziejach ludzi. Prawda wyszła na jaw. Czarno na białym. Punkt po punkcie. Nowa Ludzkość wymazała poczucie winy. Mityczni prarodzice okazali się pogodni, średnio - wykwalifikowani i wolni, czyli bliscy sercu każdego człowieka. Nowi Ludzie szybko pokochali nowego Adama i nową Ewę. Nowe Dzieci z ochotą zaczęły naśladować nowych prarodziców. Wszystko się zmieniło. Świat odetchnął i rzucił się w wir poznania i zabawy. Każdy rzucał się jak umiał. Don Manuel nie umiał. Nigdy nie umiał. Zawsze i wszędzie musi się znaleźć jakiś niedostosowany osobnik.
Nad oceanem wpatrzonym w małe Aveiro, wiatr rzucał ciałami mew. Szarpał skałami sterczącymi jak kamienne noże. Tarmosił chude kolana małego don Manuela zupełnie podobne do przybrzeżnych skał, czasami białe, nigdy tłuste pasowały do czerwonych plaż. Czasem cichł wiatr, czasem zaklekotał kamień o kamień, a czasami spadła rybitwa. Zwalała się z nieba bezgłośnie waląc w plażę lub skały. Wiele białych ciałek oblepiało wybrzeże don Manuelowego dzieciństwa. Szkoda ptaków. Smutno patrzeć, gdy spada ptak. Mimo, że z utwardzonej żelatyny i na baterie, to przecież jednak ptak zupełnie do ptaka podobny. Rybitwy wyposażone w śmigiełka malowane przez matkę don Manuela, żyły około miesiąca. Pogruchotane, strzaskane zbierał jej syn. Z ptasich wraków powstawały niezliczone wersje kosmicznych kontenerowców i aborygeńskich żyrandoli - dzieło talentu i cierpliwości małego don Manuela Viskozy. Tak to wyglądało w czasach jego dzieciństwa. Dawno temu, gdy czerwone ziarna piachu wygrzewały się na pustych plażach. Pustych i pięknych. Pięknych, bo pustych.
Don Manuel Viskoza, oprócz krawata (zakończonego w szpic) nie miał w sobie nic ostrego. Kupił go w południowym Laosie razem z pudełkiem kredek świecowych. Ani jedna, ani druga rzecz nie były mu potrzebne. Kupił, bo kupił. Czasem trzeba gdzieś jechać i coś kupić. Tak po prostu, no wiecie, by było jakoś fajniej, do przodu. Laos, za czasów don Manuela był znanym zagłębiem kredkowym. W prowincji Zyg Zak Pong, gdzie puls życia wyznaczają słowa prastarego przysłowia – wszystkie marzenia są jak kredki, nawet te różowe w końcu porwie żółty nurt Mekongu, don Manuel zrobił coś niezwykłego. Zaśmiał się. Stojąc nad wielką rzeką, wyprostowany, zaczarowany wściekłością kotłującego nurtu, zapomniał o kredkach, krawacie i Laosie. Patrzył. Patrzył. Patrzył jak zaklęty. I na co tak patrzył?
Po drugiej stronie Mekongu, na ciemnozielonej trawie stała duża, dwudrzwiowa szafa w stylu kolonialnym. Nad brzegiem rzeki na samym skraju zielonej płachty, wilgotnej, wysokiej po kolana trawy świeciła brązem na soczystej zieleni. W tle, ściana syntetycznej dżungli stała sztywno jak parawan z czarnej krepy. A poza tym było pusto, gorąco, nieporuszenie. Tylko coś wysokiego, rozczapierzonego u góry, jakby krzyż, wyrastało z ziemi kilkanaście metrów za plecami szafy. Było jednak zbyt daleko, zbyt mglisto i parnie, by przyjrzeć się dokładniej. Ni przypiął, ni przyłatał - pomyślał rozradowany don Manuel. Szafa, chociaż ładna, wyglądała tak głupio i niedorzecznie. Samotna, wypatrująca przeciwległego brzegu poprzez żółte rzeczne opary, trochę przekrzywiona, niewydarzona, chociaż pięknie rzeźbiona w słonie i łodygi indyjskiego grochu. Don Manuel zaśmiał się. Zaśmiał się po raz pierwszy w życiu, nareszcie zobaczył coś równie smutnego i nieadekwatnego jak on sam. Don Manuel śmiał się i śmiał a łzy radości spływały po jego długiej, portugalskiej twarzy. Scena jak z filmu. Z łzawego melodramatu. Podaję obsadę:
Kochanka – szafa.
Tło historyczne – błotniste brzegi Mekongu.
Siła destrukcyjna – kobieta w białych kozakach.
Rozstanie, cierpienie, dużo trupów. Klasyka. Typowe. A jakie ma niby być? Don Manuel to przecież typowy dziwak. Pospolity oryginał. Chudy jak tyczka. Samotny nad brzegiem Mekongu z pudełkiem kredek przy duszy, płaczący ze szczęścia na widok kolonialnej szafy z czerwonego palisandru. No i klops Stało się. Już po 15 minutach zapach mokrego asfaltu zawisł nad rzeką, rozprzestrzenił się nad pobliską dżunglę, popłynął nad ocean, w głąb lądu. Do godziny 22, potężne ulewy przewalały się już przez cały kraj, a smrodem mokrego asfaltu krztusili się Laotańczycy od prowincji Attapu na południu, po Phongsali na północy.
piątek, 23 grudnia 2011
Prawdziwa historia Adama i Ewy.
Ewa była biologiem - Szatniarką na Ponde. Średnio - zaawansowanej cywilizacyjnie planecie w konstelacji Klamki. A co ważniejsze, miłośniczką dobrej kuchni, a zwłaszcza zapraw, dokładnie dżemów. Lubiła swoją pracę. W azbestowych flakonach, modyfikowała, klonowała i rozmnażała bakterie wielkości ziemskich agrafek – Szatnie. Drobnoustroje, po uzyskaniu dojrzałości wypuszczała na wolność. Szatnie szybko rozprzestrzeniały się po całej Ponde. Żerując na materiałach wskazujących na zużycie 3 stopnia, przyczyniały się do naturalnej utylizacji starej pościeli, kombinezonów, obuwia, wycieraczek, sztucznych kwiatów, itp… Czyli artykułów pierwszej potrzeby każdego Pondyjczyka. Taką właśnie miała Ewa pracę. Zajęcie może niezbyt widowiskowe, ale za to bardzo potrzebne. Była kobietą człekokształtną, wesołą i ciekawą świata. Wersja ogólna. Ewa była fajna. Wersja dla młodzieży. Skórę miała wielobarwną, czyli była po prostu łaciata. Wersja dla rasistowskich niedobitków. Lepiej dmuchać na zimne, bo lepszy szron niż niepotrzebne zużycie działek plazmowych. Albo czegoś innego. Nieistotne w tym momencie. Poza tym…
Ewa lubiła zwierzęta, dżemy i podróże. Miała węża Eryka i oswojoną szatnię Halinę. W czasie urlopu podróżowała po całej galaktyce dwusilnikowym czerwonym Starem, szukając egzotycznych owoców na zaprawy. Podróżowała z Erykiem i zaprzyjaźnionym prezenterem telewizyjnym z kanału 53 - Adamem. Szatnia niestety wyżerała jej ścierki pokładowe, więc zostawała w domu. Kiedyś, nasza trójka zapędziła się w pewien odległy układ słoneczny. Leżący na uboczu ubocza. Ukryty w kosmicznych chaszczach niepozorny zbiór planet. Na małej wodnej planecie znaleźli ogród. Bardzo przyjemny, ładnie wygrabiony z pięknymi owocującymi drzewami. Nazrywali ich mnóstwo do pondyjskich wiader, a potem zmęczeni, ale szczęśliwi odpoczywali pod drzewami. Eryk, wielki łasuch i śpioch, tak samo leniwy jak długi, wyżerał ukradkiem z wiadra, co słodsze jabłka, następnie zaszywał się gdzieś cichcem w ogrodzie i owinięty na jakiejś gałęzi chrapał snem kamienia. Miła to była podróż i pełna radości. Zwyczajnie owocna. Przed odlotem, Ewa, Adam i Eryk zrobili sobie pamiątkowe zdjęcie pod jabłonią. Kiedy aparat krzyknął – uśmiech! Wszyscy uśmiechnęli się szeroko. Najszerzej Eryk, owinięty wokół pnia między Adamem i Ewą. Nawiasem mówiąc, Eryk uwielbiał pozować do zdjęć. Wiedział spryciarz, że ma śliczne rzęsy i uroczy puszek na skroniach, nie wspominając już o wspaniałych, barwnych tatuażach na całym ciele. Za pomocą pinezki, Adam przypiął fotografię do pnia jabłoni. Patrzyli na nią przez moment. Wszyscy troje. W milczeniu. Po chwili Ewa odpięła zdjęcie i w matczynym odruchu ubrała je w foliową koszulkę. Przypięła ponownie do pnia i zmrużyła oczy. Ocena wypadła pomyślnie. Wyszli ładnie. Jeszcze tylko wycięli nożykiem inicjały E + A + E. Każdy swój w korze drzewa. Eryk rył najdłużej, ponieważ nie miał rąk. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Mieli czas, a poza tym, wąż był pupilem naszej pary i mógł sobie ryć ile chce. Pod inicjałami pojawiło się następnie - TU BYLIŚMY, a na koniec u dołu, tak dla śmiechu – SŁONECZNY PATROL, i trochę na lewo – SZUKAJ NAS W KLAMCE. Oryginalne ryty ozdobiła na koniec uśmiechnięta koślawa buźka z wywalonym jęzorem. Dodziargana przez Eryka figlarza przypieczętowała los rodzaju ludzkiego. No i tak. Pośmiali się, pośmiali i odlecieli. Pod wieczór, z wiadrami pełnymi gruszek, śliwek i jabłek. Z czasem, znajomi naszej pary zaczęli przylatywać na Ziemię na urlopy i pikniki. Niektórzy zostawali. Osiedlali się na Ziemi. Niesnaski i wrogość zaczęły się po kilku miesiącach. Poszło o miejsce do grillowania. Doszło do rękoczynów. Kolonizatorzy pozrywali kontakty. Rozleźli się po całej Ziemi szukając każdy własnego miejsca. Z czasem zdziczeli. Popadli we wtórny analfabetyzm i głębokie zapomnienie. Porośli sierścią a ich głównymi zajęciami stało się iskanie i rozmnażanie. 400000 lat później pewnej środy, nasi przodkowie tarzając się wesoło w bagnie odnaleźli zagadkowy obiekt. Uznali go za znak od bogów. Umyli i obsadzili w krowie łajno, najtrwalszy ówcześnie materiał zdobniczy...
sobota, 17 grudnia 2011
Magiczne pustkowia don Manuela mają tylko jedno miejsce siedzące. W samym środku nieskończonej przestrzeni stoi brązowe krzesło. Tron don Manuela Viskozy i jego miejsce we wszechświecie. Miejsce siedzenia i patrzenia. Profesjonalne stanowisko Superczekacza. Matka byłaby z niego dumna. Nie z syna, tylko z krzesła oczywiście. Własnoręcznie przemalowała je brązową farbą. Najweselszym kolorem Aveiros, by dobrze trzymało się podłogi. Ojciec don Manuela był bardziej praktyczny, możliwe, iż z tego powodu umarł wcześnie. Rano, przy śniadaniu z zagadkowym stwierdzeniem na ustach. Lubię opowiadać o don Manuelu. Mogę to robić swobodnie, bo zupełnie go nie znam. Nic a nic. Nigdy go nie widziałam. Wiecie jak to jest. Gdy się kogoś dobrze pozna, wielu rzeczy już mówić nie można. A jak kogoś nie znasz, to pełna swoboda. Widzisz i mówisz. Bez problemu. Żyć nie umierać. Znałam kiedyś Alicję Benedyktę Brzozę. Fakt ten ma znaczenie zasadnicze, ponieważ Alicja Benedykta Brzoza znała don Manuela Viskozę i wielu innych, których nie znam. Co tu jeszcze powiedzieć? Chyba już nic.
Kamienny spokój don Manuela Viskozy nie był ani sztuczny, ani wyuczony, ani osiągnięty. Po prostu był. Urodził się z don Manuelem, tak jak don Manuel urodził się ze swojej matki.
Donia Glukoza Wazon de Rolka y Papy na Dach, nie pobłażała ani synowi, ani mężowi, ani zaciekom. Do końca życia obnosiła po mieście dobre zdrowie, kolorowe palce i niepokojąco piękne oczy morskiej krowy. I tym właśnie spojrzeniem, bystrym jak strumień słonecznego wiatru, wilgotnym jak skalne jaskinie, czarnym jak zawodzenie Głębinowych Gąbek, wypatrywała okno za oknem. Noc za nocą. Minutę po godzinie. Aż czas dosięgał dna. Dnie przesypiała na sofie. Staromodnej, stojącej pod wypatroszonym od dawna oknem. I tak też umarła. Z niedokończonym śmigłem w prawej śpiącej dłoni. Z pędzelkiem – zerówką, między palcami następnej dłoni. Na sofie. Tak jak lubiła, odeszła w stylu zabitej dechami studni. Dość pospolita śmierć w rodzie - de Rolka y Papy. Natomiast nocami, zamiast we śnie, zatapiała się w farbie. Duszą i ciałem. Rękami i nogami.
Donia Glukoza malowała śmigła dla Rybitw Wąsatych. Całe życie poświęciła tej wąskiej specjalizacji. Nie znosiła partactwa i zacieków. Donia Glukoza Wazon osiągnęła mistrzostwo w swoim zawodzie, chociaż czasami dla odprężenia brała inne zlecenia: wyklepywanie żółwich skorup albo wyostrzanie fal za pomocą temperówki i niebieskiego atramentu. Jednym słowem a właściwie pięcioma, matka don Manuela uwielbiała malować i wyglądać przez okno. Tę drugą pasję przekazała milczącemu synowi. I nic więcej. W Aveiro niedużo potrzeba do życia. Słońce praży w każdy dzień tak samo. Jest bardzo ciepło. Niebo nadal ciemnoniebieskie. Jedzenie tanie a kombinezony bezpłatne. Srebrne, stylizowane na regionalne baskiny i basety, z godłem Aveiros na lewym ramieniu skutecznie chronią przed nadmiernym odparowywaniem surowicy.
A don Manuelowi potrzeba jeszcze mniej niż skalnej jaszczurce z zielonej blachy. Jeszcze mniej niż waży kropelka zielonej tempery. Prawie nic. Niebezpiecznie mało. Gdyby potrzeby don Manuela spadły poniżej 10%, czekałoby go przymusowe szkolenie w Zakładzie Korygującym. Dlatego don Manuel zastosował podstęp godny siebie. Zaprenumerował żyrandol. Co miesiąc przynoszono i montowano mu nowy model oświetlenia górnego a w aktach Obywatela Nowej Ziemi pojawiała się stosowna adnotacja: Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka - Potrzeba (w formie luksusu) - wykonano.
Czasy były ciężkie. Trzeba było ciągle gdzieś jeździć, czegoś chcieć i wyrażać radość tak, by była widoczna. Don Manuel, tak jak zresztą większość ludzi, przyzwyczaił się do przymusowych przesiedleń. Już nie zwracał uwagi na otoczenie. Tu czy tam. Wszędzie było podobnie. Co pięć lat zmieniał pracę i okna. Co pięć lat każdy obywatel Nowej Ziemi zmieniał pracę i okna. Co najmniej 1500 kilometrów powinno dzielić stare miejsce zamieszkania od nowego. Znakomity i cudownie prosty lek na nacjonalizm i nietolerancję. Lek zadziałał. Już po 300 latach nikogo już nie obchodziło skąd pochodzi i kogo ma nie lubić. Ludzie zapomnieli. Wymieszali się w nieustannym mieszaniu. Ogólny dobrobyt wzrósł, zadowolenie też. Degradacja środowiska naturalnego, jak donosiły dobrze poinformowane media, uległa specyficznemu przeobrażeniu. Tak jak przewidywano. Bez zaskoczenia. Wszystko pod kontrolą. Priorytetem stał się rozwój. Na biegunie północnym zapłonęło światło nadziei. Znicz w formie olbrzymiego tasaka, symbolizował odcięcie Nowego od Starego. Szło dobrze. Ale do zburzenia został jeszcze ostatni bastion Starej Ziemi. Wielki Mit. Elementarz niezliczonych pokoleń. Tu było najtrudniej. Mit miał wielu obrońców i miłośników. Najzatwardzialsi z nich, przykro to powiedzieć, ale niestety trzeba – zostali zutylizowani. Resztę przekonano podstępem. Mądrym wybiegiem dla dobra nas wszystkich.
piątek, 9 grudnia 2011
Asfaltowe ulewy występowały z cyklicznością tropikalnych monsunów. Mniej więcej raz na miesiąc, don Manuel dopadał jakąś kropkę, zaciek, paproch czy rysę i unicestwiał ją powodując gwałtowne ulewy.
Alicja, Waleriusz, Istvan – znawcy lokalnych tropików, bez pośpiechu zakładali na twarze podniszczone, wymięte Antysmolaki z syntetycznej włóczki. Wszystko z senną wprawą. Bez ekscytacji. Rutynowo. Wręcz mechanicznie. Cóż robić. Trzeba przeczekać. Stół był długi, smród gryzący, a czasu w bród. Ulewa powoli mijała. Gdy don Manuel westchnął a następnie podrapał się w prawe kolano, pod sufitem zaświeciło słońce. Zygzak wreszcie zniknął wypatrzony do zera przez don Manuela. Portugalczyk potarł palcami czoło. Rozejrzał się. Naprzeciwko stołu, rozwalony na krześle, przysypiał Waleriusz Rozkoszny. Na prawo od śpiącego, Istvan Ukradek Zerka bawił się łyżką i wąsami. Dalej, u szczytu stołu, pochodząca znad małego zimnego morza, zamyślona Alicja Benedykta Brzoza gładziła mokry kosmyk włosów. Wszyscy mieli na twarzach maski, a nad głowami rozłożone parasole. Dziwolągi – pomyślał przez moment don Manuel. Ostatnie, wartkie strugi wody spływały ze stołu na podłogę.
Don Manuel odruchowo odsunął się. Zupełnie jak kot. Nie lubił mokrych blatów. Zresztą, przypominał chudego kocura. Takiego o krótkiej sierści. Sierści nienadającej się do głaskania. Krótkiej i sztywnej. Niepachnącej starością. Pachnącej niczym. Kot samotnik. Samotnik bez powodu.Tak się mówi, tyle, że to nieprawda. Zawsze jest jakiś powód. Tylko trzeba go dociec. Nikt tego nie zrobił, ponieważ Don Manuel Viskoza nie był a ni ładny, ani dowcipny, ani do przodu. Był, jaki był, i zarabiał dobrze. Chudy, zadbany mężczyzna o twarzy jak drewno. Solidny człowiek. Portugalczyk, Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka - zwiędły drapieżnik z miasta Aveiro. Drapieżnik bardziej z wyglądu niż z upodobania, cierpliwie wydrapujący gęsi z papirusów wygrzebanych w piasku.
Don Manuel mało jadał, ale za to często oddychał. Dla równowagi i zabicia czasu. Powietrza miał w sobie dużo, aż nadto. Sprężało się w nim jak w rowerowej dętce. Sprężało i rozkurczało tworząc wietrzne koryta. Don Manuelowe wiatry krążyły coraz szybciej i szybciej. Rosły, pęczniały by nabierając burzowych barw pognać z wyciem gdzie oczy poniosą. A oczy niosły żyłami. Cieniutkimi żyłkami i szerokimi arteriami. Wiatry wciskały się wszędzie. Śmigały beztrosko, no chyba, że napotykały zator żylny, kluskę cholesterolu lub zakrzep. Wtedy gwałtownie zawracały powodując nagłe łaskotki. Wiatry żylne nie robiły wrażenia na don Manuelu. Raz nawet myślał, że się zakochał, a to znowu ten wiatr. Ten hulający w żołądku, wzniecający truskawkowe tumany a potem jak zwykle zbijający się w maleńkie czerwone tornada, które przewalając się aortą na północ, szarpały po drodze słabowite płuca. A one lekkie i szare jak stare prześcieradła zaczynały wściekle łopotać w don Manuelowej klatce piersiowej, obijając boleśnie zaskoczone serce. W takich momentach, nie tak znowu rzadkich, don Manuel nieprzyzwoicie drżał, oczy mu błyszczały, i nawet coś podobnego do rumieńców oblepiało ptasie policzki. Nikomu nic nie mówił i uważał jeszcze bardziej. Szczególnie przy kobietach miał się na baczności:
— To nie serce podeszło mi do gardła…
— To wiatr podszedł do serca…
— Gwałtowny i dziki…
— Jak argentyńskie algi o zmierzchu…
— Najdziksze ze wszystkich…
— Żerujące na posągach św. Teodory…
— Może pani słyszała?
Słyszała czy nie, jak do tej pory żadna kobieta nie miała ochoty na dłuższą rozmowę z naszym Portugalczykiem. Nie nadawał się na randki, tym bardziej na wesołe biesiady. Cały don Manuel. Archaiczny jak jego nazwisko. Mało jadał. 7 Syntetycznych truskawek, popitych wapnem zaspokajało całodzienny don Manuelowy głód. Czasem wypijał małą miskę rosołu. Ot i wszystko. Za to nie ma na Ziemi takiej miski, w której pomieściłaby się cierpliwość don Manuela. Miał wielką cierpliwość. Całe morza cierpliwości. Ale nie takiej zwykłej, potrzebnej do wyczekania wielkiej wygranej czy następnej miłości swego życia. Nie o taką chodzi. W obu przypadkach można się doczekać, a to dyskwalifikuje prawdziwą cierpliwość. Profesjonalna cierpliwość nie ma celu, tylko czeka i rośnie. A to już jest magia.
Alicja, Waleriusz, Istvan – znawcy lokalnych tropików, bez pośpiechu zakładali na twarze podniszczone, wymięte Antysmolaki z syntetycznej włóczki. Wszystko z senną wprawą. Bez ekscytacji. Rutynowo. Wręcz mechanicznie. Cóż robić. Trzeba przeczekać. Stół był długi, smród gryzący, a czasu w bród. Ulewa powoli mijała. Gdy don Manuel westchnął a następnie podrapał się w prawe kolano, pod sufitem zaświeciło słońce. Zygzak wreszcie zniknął wypatrzony do zera przez don Manuela. Portugalczyk potarł palcami czoło. Rozejrzał się. Naprzeciwko stołu, rozwalony na krześle, przysypiał Waleriusz Rozkoszny. Na prawo od śpiącego, Istvan Ukradek Zerka bawił się łyżką i wąsami. Dalej, u szczytu stołu, pochodząca znad małego zimnego morza, zamyślona Alicja Benedykta Brzoza gładziła mokry kosmyk włosów. Wszyscy mieli na twarzach maski, a nad głowami rozłożone parasole. Dziwolągi – pomyślał przez moment don Manuel. Ostatnie, wartkie strugi wody spływały ze stołu na podłogę.
Don Manuel odruchowo odsunął się. Zupełnie jak kot. Nie lubił mokrych blatów. Zresztą, przypominał chudego kocura. Takiego o krótkiej sierści. Sierści nienadającej się do głaskania. Krótkiej i sztywnej. Niepachnącej starością. Pachnącej niczym. Kot samotnik. Samotnik bez powodu.Tak się mówi, tyle, że to nieprawda. Zawsze jest jakiś powód. Tylko trzeba go dociec. Nikt tego nie zrobił, ponieważ Don Manuel Viskoza nie był a ni ładny, ani dowcipny, ani do przodu. Był, jaki był, i zarabiał dobrze. Chudy, zadbany mężczyzna o twarzy jak drewno. Solidny człowiek. Portugalczyk, Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka - zwiędły drapieżnik z miasta Aveiro. Drapieżnik bardziej z wyglądu niż z upodobania, cierpliwie wydrapujący gęsi z papirusów wygrzebanych w piasku.
Don Manuel mało jadał, ale za to często oddychał. Dla równowagi i zabicia czasu. Powietrza miał w sobie dużo, aż nadto. Sprężało się w nim jak w rowerowej dętce. Sprężało i rozkurczało tworząc wietrzne koryta. Don Manuelowe wiatry krążyły coraz szybciej i szybciej. Rosły, pęczniały by nabierając burzowych barw pognać z wyciem gdzie oczy poniosą. A oczy niosły żyłami. Cieniutkimi żyłkami i szerokimi arteriami. Wiatry wciskały się wszędzie. Śmigały beztrosko, no chyba, że napotykały zator żylny, kluskę cholesterolu lub zakrzep. Wtedy gwałtownie zawracały powodując nagłe łaskotki. Wiatry żylne nie robiły wrażenia na don Manuelu. Raz nawet myślał, że się zakochał, a to znowu ten wiatr. Ten hulający w żołądku, wzniecający truskawkowe tumany a potem jak zwykle zbijający się w maleńkie czerwone tornada, które przewalając się aortą na północ, szarpały po drodze słabowite płuca. A one lekkie i szare jak stare prześcieradła zaczynały wściekle łopotać w don Manuelowej klatce piersiowej, obijając boleśnie zaskoczone serce. W takich momentach, nie tak znowu rzadkich, don Manuel nieprzyzwoicie drżał, oczy mu błyszczały, i nawet coś podobnego do rumieńców oblepiało ptasie policzki. Nikomu nic nie mówił i uważał jeszcze bardziej. Szczególnie przy kobietach miał się na baczności:
— To nie serce podeszło mi do gardła…
— To wiatr podszedł do serca…
— Gwałtowny i dziki…
— Jak argentyńskie algi o zmierzchu…
— Najdziksze ze wszystkich…
— Żerujące na posągach św. Teodory…
— Może pani słyszała?
Słyszała czy nie, jak do tej pory żadna kobieta nie miała ochoty na dłuższą rozmowę z naszym Portugalczykiem. Nie nadawał się na randki, tym bardziej na wesołe biesiady. Cały don Manuel. Archaiczny jak jego nazwisko. Mało jadał. 7 Syntetycznych truskawek, popitych wapnem zaspokajało całodzienny don Manuelowy głód. Czasem wypijał małą miskę rosołu. Ot i wszystko. Za to nie ma na Ziemi takiej miski, w której pomieściłaby się cierpliwość don Manuela. Miał wielką cierpliwość. Całe morza cierpliwości. Ale nie takiej zwykłej, potrzebnej do wyczekania wielkiej wygranej czy następnej miłości swego życia. Nie o taką chodzi. W obu przypadkach można się doczekać, a to dyskwalifikuje prawdziwą cierpliwość. Profesjonalna cierpliwość nie ma celu, tylko czeka i rośnie. A to już jest magia.
sobota, 3 grudnia 2011
Sterczące ze ściany błyskawice szybko obwisły, drżały jakąś minutę, po czym odpadły od ściany jak stary strup, po chwili najzwyczajniej w świecie zniknęły. Rozpłynęły się. Zraniona Elizabeth ocknęła się. Rozcierając dziurawy łokieć zerkała ukradkiem na wściekłą wizjonerkę, nagle, jakby podjęła nieodwołalną decyzję chrząknęła, wyprostowała się odgarnęła włosy i… powoli, jakby niechętnie podniosła prawą rękę. Alicję przebiega dreszcz. Nareszcie. Zaczyna się. Dzieje się. Coś się dzieje. Gorąca fala oblewa policzki wizjonerki. Nie zważając na niebezpieczeństwo groźnie wychyla się na krześle. Elizabeth drgnął wskazujący palec. Ten od prawej dłoni. Wolno, bardzo wolno, z powagą rozprostowywał się prostował i znów rozprostowywał w męczącą nieskończoność. Mijały godziny. W końcu palec wyprostował się z trzaskiem wskazując coś w oddali, policzki grzały nieznośnie i gniotły jak gorące kluchy, Alicja wytężyła wzrok, z dali z zamglonych gór coś się zbliżało coś szarożółtego płynęło w powietrzu szybko rosnąc w oczach, nie w oczach Alicji oczywiście, bo miała zdrowe oczy. To taka metafora, gdy chcesz powiedzieć, że coś rośnie w oczach, to tak mówisz.
― Herbatka o każdej porze! Cóż mi odpowiesz ludzki worze!? ― Zaszczebiotała torebka herbaty (reklamówka
Lintona z serii 12/C) kołysząc się zalotnie na wysokości twarzy Elizabeth.
― A sio! ― Machnęła ręką Elizabeth.
― Skosztuj naparu, zdychaj za staru ― kontynuowało najwidoczniej uszkodzone urządzenie, zręcznie unikając ciosu.
― Aach... Co za dziadostwo! ― Syknęła, zupełnie już rozczarowana Alicja. Wyprostowała się. Zaskrzypiało krzesło. Nikt nie zareagował. Istvan Ukradek Zerka bawił się nowymi wąsami. Waleriusz Rozkoszny drzemał, a don Manuel koncentrował się coraz bardziej. Rozejrzała się dyskretnie. Muszę to dopracować – zerknęła ponownie na ścienną wizję, albo nie, szkoda zachodu, może góry zwyczajnie mi nie leżą? Po co się czepiać gór? Myśl bardziej płasko no i więcej codzienności, szczegółów – notowała szybko w pamięci. No! Tak już lepiej! Alicja rozpogodziła się na tyle, by nie zasnąć.
Ledwo przebrzmiała ostatnia myśl Alicji Benedykty Brzozy a już pierwsza kropla trzasnęła o blat. Wszyscy odruchowo spojrzeli na don Manuela. Niedobrze. Don Manuel był nieobecny bardziej niż zwykle. Kontemplował malutki, delikatny zygzak. Skoncentrowany do granic koncentracji rozwiązywał zagadkę kanciastego włosa. Włos zatopiony w błękitnej farbie tchnął melancholią bliską sercu każdego Portugalczyka. Portugalczyk Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka z oczami od urodzenia pachnącymi mokrym asfaltem, pochodził z wilgotnego świata syntetycznych alg i Rybitw Wąsatych. W herbie miał jasny gwint na ciemnym polu. Pole porośnięte okazałymi algami. W ojczyźnie don Manuela algi porastały dosłownie wszystko a sprzyjające promieniowanie pobliskiego liliowego lasu czyniło je podatnymi na robienie głupich kawałów. Wykonywały ich setki, tysiące bez ładu i składu przez co w końcu straciły szacunek i dobrą opinię. Zmartwione algi schły ze zgryzoty. Schły, szły, aż w końcu wszystkie uciekły. Tak to było. Później też bywało różnie. Don Manuel znany kiedyś, jako Wielki Kran, Kawaler Śpiącego Runa, niegdysiejszy Komandor na Karmazynowej Pokrywie zwanej też Dachem Świata Niefrasobliwych Węglowodanów co skończyło się źle o czym wie każde dziecko w Systemie Byczego Dzwonka. Stare dzieje. Dziś za towarzystwo służą Don Manuelowi - Waleriusz zwany Rozkosznym i Alicja Benedykta Brzoza rozmarzona dziewczyna o wiecznie szarych oczach i niespecjalnych specjalnościach. Alicja Benedykta Brzoza enigmatyczna jak białe drzewo, Syrena Okrętowa, niespełniona kocica, Licencjonowana Kieszonkowa Okiennica, Konserwatorka Zjełczałych Fontann aktualnie funkcjonariuszka straży miejskiej zatopiona w mundurze i niepewności patrolująca sektor 132 w tę i z powrotem. Był jeszcze Isztvan Ukradek Zerka roztargniony i nadpobudliwy Węgier nieustannie zmieniający wąsy, kurtki i biografię obecnie zatrudniony na stanowisku - Partacza Drugiego Stopnia w fabryce mokasynów. Czwórka przyjaciół mieszkała na ulicy Topolowej pod numerem 73.
Za pierwszą kroplą nadleciały następne. Po chwili deszcz bębnił o błękitną blachę, o blat, Alicję, Waleriusza, Istvana i cukiernicę. Spływał po ścianie bez zegara po reszcie ścian po okiennych szybach. Zapach asfaltu przechodził powoli w gryzący, smolisty zaduch. Don Manuel zapadł w trans. Współlokatorzy powoli rozkładali podręczne parasole. Przypadłość Portugalczyka znali dobrze. Im bardziej się koncentrował tym więcej wydzielał asfaltowej wilgoci, wilgoci gęstniejącej z minuty na minutę, zbijającej się w krople, masywniejącej od wody i asfaltowych aromatów.
― Herbatka o każdej porze! Cóż mi odpowiesz ludzki worze!? ― Zaszczebiotała torebka herbaty (reklamówka
Lintona z serii 12/C) kołysząc się zalotnie na wysokości twarzy Elizabeth.
― A sio! ― Machnęła ręką Elizabeth.
― Skosztuj naparu, zdychaj za staru ― kontynuowało najwidoczniej uszkodzone urządzenie, zręcznie unikając ciosu.
― Aach... Co za dziadostwo! ― Syknęła, zupełnie już rozczarowana Alicja. Wyprostowała się. Zaskrzypiało krzesło. Nikt nie zareagował. Istvan Ukradek Zerka bawił się nowymi wąsami. Waleriusz Rozkoszny drzemał, a don Manuel koncentrował się coraz bardziej. Rozejrzała się dyskretnie. Muszę to dopracować – zerknęła ponownie na ścienną wizję, albo nie, szkoda zachodu, może góry zwyczajnie mi nie leżą? Po co się czepiać gór? Myśl bardziej płasko no i więcej codzienności, szczegółów – notowała szybko w pamięci. No! Tak już lepiej! Alicja rozpogodziła się na tyle, by nie zasnąć.
Ledwo przebrzmiała ostatnia myśl Alicji Benedykty Brzozy a już pierwsza kropla trzasnęła o blat. Wszyscy odruchowo spojrzeli na don Manuela. Niedobrze. Don Manuel był nieobecny bardziej niż zwykle. Kontemplował malutki, delikatny zygzak. Skoncentrowany do granic koncentracji rozwiązywał zagadkę kanciastego włosa. Włos zatopiony w błękitnej farbie tchnął melancholią bliską sercu każdego Portugalczyka. Portugalczyk Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka z oczami od urodzenia pachnącymi mokrym asfaltem, pochodził z wilgotnego świata syntetycznych alg i Rybitw Wąsatych. W herbie miał jasny gwint na ciemnym polu. Pole porośnięte okazałymi algami. W ojczyźnie don Manuela algi porastały dosłownie wszystko a sprzyjające promieniowanie pobliskiego liliowego lasu czyniło je podatnymi na robienie głupich kawałów. Wykonywały ich setki, tysiące bez ładu i składu przez co w końcu straciły szacunek i dobrą opinię. Zmartwione algi schły ze zgryzoty. Schły, szły, aż w końcu wszystkie uciekły. Tak to było. Później też bywało różnie. Don Manuel znany kiedyś, jako Wielki Kran, Kawaler Śpiącego Runa, niegdysiejszy Komandor na Karmazynowej Pokrywie zwanej też Dachem Świata Niefrasobliwych Węglowodanów co skończyło się źle o czym wie każde dziecko w Systemie Byczego Dzwonka. Stare dzieje. Dziś za towarzystwo służą Don Manuelowi - Waleriusz zwany Rozkosznym i Alicja Benedykta Brzoza rozmarzona dziewczyna o wiecznie szarych oczach i niespecjalnych specjalnościach. Alicja Benedykta Brzoza enigmatyczna jak białe drzewo, Syrena Okrętowa, niespełniona kocica, Licencjonowana Kieszonkowa Okiennica, Konserwatorka Zjełczałych Fontann aktualnie funkcjonariuszka straży miejskiej zatopiona w mundurze i niepewności patrolująca sektor 132 w tę i z powrotem. Był jeszcze Isztvan Ukradek Zerka roztargniony i nadpobudliwy Węgier nieustannie zmieniający wąsy, kurtki i biografię obecnie zatrudniony na stanowisku - Partacza Drugiego Stopnia w fabryce mokasynów. Czwórka przyjaciół mieszkała na ulicy Topolowej pod numerem 73.
Za pierwszą kroplą nadleciały następne. Po chwili deszcz bębnił o błękitną blachę, o blat, Alicję, Waleriusza, Istvana i cukiernicę. Spływał po ścianie bez zegara po reszcie ścian po okiennych szybach. Zapach asfaltu przechodził powoli w gryzący, smolisty zaduch. Don Manuel zapadł w trans. Współlokatorzy powoli rozkładali podręczne parasole. Przypadłość Portugalczyka znali dobrze. Im bardziej się koncentrował tym więcej wydzielał asfaltowej wilgoci, wilgoci gęstniejącej z minuty na minutę, zbijającej się w krople, masywniejącej od wody i asfaltowych aromatów.
sobota, 26 listopada 2011
Piwonia Olbrzymia, w jednym momencie wyparła prastary symbol Krakowa - drewnianego Kurda dosiadającego żeliwnego kuca. Według legendy, Kurd symbolizował bohaterskiego burmistrza Krakowa – Zygmunta zwanego Krakiem, który ponoć uratował miasto przed atakiem francuskich hord a uczynił to połykając trąbkę na stojąco, czym uniemożliwił barbarzyńcom podpalenie wodociągów. I jak to w pięknej legendzie, była i kobieta. Córka Zygmunta – Wanda, rzuciła się ze szczytu głównej stacji pomp, bo nie chciała inwestować w niemieckie maszyny rolnicze. Tak mówi legenda. Tak mówiła legenda. Nowa, nowiutka legenda głosi o bohaterskiej roślinie, poległej na środku krakowskiego rynku w walce o uśmiech, estetykę i rozwój. Krótko i nowocześnie.
A rola Alicji w tym taka, że skoro świt uprzątnęła zwłoki szufelką i wymyła klatkę. Była piwonia, nie ma piwonii, i już. Życie toczy się dalej. Alicja wyjechała wkrótce do Laosu objąć nową posadę. Wyjeżdżając, zupełnie nieświadomie zabrała ze sobą krakowskie wspomnienie. Na dobre i na złe. Stąd zapewne niespodziewane pojawienie się rośliny w naściennej wizji właśnie teraz po kilku latach.
No tak. Alicja poprawiła się na krześle. Zupełnie jak tamta – pomyślała zakładając nogę na nogę. Piwonia spod drzewka żarłocznie łypała w stronę Elizabeth.
― Zupełnie jak tamta ― wymamrotała pod nosem Alicja ― Jaka wielka! ― Nie nadaje się do wazonu.
― Oj nie!― zaśmiała się nagle w głos, i równie nagle zamilkła. Na plecach poczuła łaskotanie. Małe, krągłe kamyczki lekko naciskały na łopatki i kręgosłup. Nie musiała się nawet odwracać. Wiedziała, że patrzą. Że wbijają wzrok w jej plecy. Don Manuel, Istvan, Waleriusz, przez chwilę zdziwieni, szybko jednak odwrócili wzrok jak to mają w zwyczaju ludzie kulturalni lub zagubieni. A niech to! O czym ja myślę? – Wracaj do pracy! - pomyślała, i z nową siłą wbiła wzrok w ścianę.
Włosami Elizabeth poruszał lekki wiatr. Całej reszty nic nie ruszało. Włosami Elizabeth poruszał lekki wiatr. Włosami Elizabeth nadal poruszał lekki wiatr. I znów poruszał. I znów włosami. I znów wiatr. Rusz się w końcu! Tym razem, Alicja już groźnie wbijała wzrok w naścienną boginię.
― No już! ― Szepnęła zdesperowana. Włosami Elizabeth poruszał lekki wiatr. Całej reszty nic nie ruszało. Włosami Elizabeth poruszał lekki wiatr. Wiatr i wiatr…
― Sratr ― wyszeptała zimno marzycielka. Wydęła usta. Zmrużyła oczy. Wydęcie miało odcień brudnożółty a zmrużenie, aż niebieski. Alicjowe kolory zła. Głucho zadudniło. Wściekła Alicja chlusnęła niewidzialnym deszczem. Walnęła błyskawicami prosto w ścianę z wizją.
Pierwsza błyskawica przebiła Elizabeth łokieć, druga wbiła się w powietrze nad górami, a trzecia w damski but leżący pod drzewem. Tyle, że pod drzewem, wokół drzewa, czy za drzewem nie walał się żaden damski but. Żadnego buta jak okiem sięgnąć. Ale przysłowie przypomina i grzecznie prosi - sięgaj gdzie wzrok nie sięga. A gdzie nie sięga? Gdzie nie zajrzysz? But był oczywiście pod nosem! To proste! Tylko trochę pomyśleć. Był blisko, bliziutko. Butwiał w błocie, ukryty pod liściem Piwonii Olbrzymiej. Do kogo należał but i co robił pod piwonią? Tego nie wiadomo. Takich rzeczy nigdy nie wiadomo. I dobrze. Tajemnica zawsze intryguje, nawet wtedy, gdy jest głupia jak but.
A rola Alicji w tym taka, że skoro świt uprzątnęła zwłoki szufelką i wymyła klatkę. Była piwonia, nie ma piwonii, i już. Życie toczy się dalej. Alicja wyjechała wkrótce do Laosu objąć nową posadę. Wyjeżdżając, zupełnie nieświadomie zabrała ze sobą krakowskie wspomnienie. Na dobre i na złe. Stąd zapewne niespodziewane pojawienie się rośliny w naściennej wizji właśnie teraz po kilku latach.
No tak. Alicja poprawiła się na krześle. Zupełnie jak tamta – pomyślała zakładając nogę na nogę. Piwonia spod drzewka żarłocznie łypała w stronę Elizabeth.
― Zupełnie jak tamta ― wymamrotała pod nosem Alicja ― Jaka wielka! ― Nie nadaje się do wazonu.
― Oj nie!― zaśmiała się nagle w głos, i równie nagle zamilkła. Na plecach poczuła łaskotanie. Małe, krągłe kamyczki lekko naciskały na łopatki i kręgosłup. Nie musiała się nawet odwracać. Wiedziała, że patrzą. Że wbijają wzrok w jej plecy. Don Manuel, Istvan, Waleriusz, przez chwilę zdziwieni, szybko jednak odwrócili wzrok jak to mają w zwyczaju ludzie kulturalni lub zagubieni. A niech to! O czym ja myślę? – Wracaj do pracy! - pomyślała, i z nową siłą wbiła wzrok w ścianę.
Włosami Elizabeth poruszał lekki wiatr. Całej reszty nic nie ruszało. Włosami Elizabeth poruszał lekki wiatr. Włosami Elizabeth nadal poruszał lekki wiatr. I znów poruszał. I znów włosami. I znów wiatr. Rusz się w końcu! Tym razem, Alicja już groźnie wbijała wzrok w naścienną boginię.
― No już! ― Szepnęła zdesperowana. Włosami Elizabeth poruszał lekki wiatr. Całej reszty nic nie ruszało. Włosami Elizabeth poruszał lekki wiatr. Wiatr i wiatr…
― Sratr ― wyszeptała zimno marzycielka. Wydęła usta. Zmrużyła oczy. Wydęcie miało odcień brudnożółty a zmrużenie, aż niebieski. Alicjowe kolory zła. Głucho zadudniło. Wściekła Alicja chlusnęła niewidzialnym deszczem. Walnęła błyskawicami prosto w ścianę z wizją.
Pierwsza błyskawica przebiła Elizabeth łokieć, druga wbiła się w powietrze nad górami, a trzecia w damski but leżący pod drzewem. Tyle, że pod drzewem, wokół drzewa, czy za drzewem nie walał się żaden damski but. Żadnego buta jak okiem sięgnąć. Ale przysłowie przypomina i grzecznie prosi - sięgaj gdzie wzrok nie sięga. A gdzie nie sięga? Gdzie nie zajrzysz? But był oczywiście pod nosem! To proste! Tylko trochę pomyśleć. Był blisko, bliziutko. Butwiał w błocie, ukryty pod liściem Piwonii Olbrzymiej. Do kogo należał but i co robił pod piwonią? Tego nie wiadomo. Takich rzeczy nigdy nie wiadomo. I dobrze. Tajemnica zawsze intryguje, nawet wtedy, gdy jest głupia jak but.
wtorek, 22 listopada 2011
A daje mu się wszystko i to z oszałamiającą prędkością. W ten sposób konsument, każdą nową rzeczą cieszy się przez około 4 sekundy. Na więcej nie ma czasu. Ale to nic. Rozwój ma swoje prawa. Swoje koszty. Każdy to rozumie, dlatego nie należy się dziwić, że Alicja lubiła ścierki. Mniej więcej tak to idzie. A jeżeli nie tak, to pewnie jakoś inaczej. Nieważne. I tak nikogo to nie obchodzi. A poza tym, są sprawy ważniejsze. Ważne! Niecierpiące zwłoki! Wymagające naszej uwagi! Arcynowe! Patrzące gdzieś tam! Możliwe, że w przyszłość!
Np. nowe modele pilotów do telewizora, skuteczniej od poprzednich niwelujące odleżyny na palcach, czy adrenalina w kremie poszukiwana przez leciwe Angielki i tureckich gejów, czy cudowne antyseptyczne randki w nadfiolecie, czy w końcu testowanie nowych nóg (model N621k) z hartowanego rattanu na romantycznym Io, przepięknym księżycu Jowisza wabiącym barwnymi rozlewiskami płynnej siarki i soli trzeźwiących. Nowe modele wytrzymują podobno 16 godzin brodzenia w Ioańskich kałużach! Ileż w tym wszystkim pomysłowości! Ile pasji i radości życia. Owszem. Alicja czerpała swoją ze smutku. Wszystkie wymyślone przez nią historie przesycone były smutkiem, nostalgią, cieniem, w monochromatycznych tonacjach, spłowiałe, sentymentalne do bólu. Alicja Benedykta Brzoza była zapamiętałą marzycielką:
Jeżeli kwiaty – to zwiędłe.
Jeżeli koniec – to na amen
Jeżeli miłość – to na krawędzi.
Jeżeli śmierć – to na zabój.
Im więcej smutku, tym radośniej na sercu. Gołym okiem widać nienowoczesność Alicji. Ani fajna, ani trendy. Bardziej owędy ze skłonnością do zanikającej gestykulacji, często potykająca się o absolutną gładź ulic. Ze współlokatorem takim jak Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka,z łatwością więc znalazła wspólny, mało używany język. Mało używany, z tendencją do nieużywania. Oboje pragnęli niekończących się przestrzeni ciszy. A wracając do przeszłości…5 lat wcześniej, na krakowskim rynku wystawiono dużą, żelazną klatkę. W klatce, w olbrzymiej donicy pełnej błota tkwiła nieruchomo Piwonia Olbrzymia pożądliwie obserwując tłum. Była atrakcją turystyczną. Niezbyt dobry był to pomysł, ponieważ piwonie szybko więdną w suchym klimacie. Bez życiodajnych, bagiennych oparów kurczą się i umierają. Alicji żal było drapieżnej rośliny. Przez 6 dni polerowała pręty jej klatki uważając by mołdawska pani nie odgryzła jej dłoni ze ścierką. Przez 6 dni patrzyła jak gaśnie w oczach, liściach, łodygach. Bombardowana dropsami, hot-dogami, monetami, chrupkami czy w końcu fleszami aparatów fotograficznych – zdechła w sobotę rano. Turyści jak to turyści - nic nie zauważyli, bo zajęci byli jak zwykle robieniem zdjęć jedzeniem. A gdy w końcu zauważyli, zdjął ich półgodzinny smutek. By sprostać wymaganiom chwili i biznesu, menedżerowie miasta zareagowali błyskawicznie. Po prostu zmienili legendę Krakowa. To, co odeszło, żyć będzie wiecznie w pamięci miasta. Sprytne, przewidujące, i jakie ładne! Turyści byli zachwyceni.
sobota, 12 listopada 2011
A swoja drogą, pierwsza stodoła jaka pojawiła się w Mołdawii, została szybko schwytana przez watahę Piwoni Olbrzymich, następnie zapędzona na nieczynną pętlę autobusową i tam pożarta. Potem przyszła kolej na podpalaczy. Czy raczej – podpalaczki. Okazało się, że piwonie bardziej gustują w kobietach. Najpierw się nimi bawią, potem biją, na koniec zjadają łyżeczką. Prawie zjadają, bo piersi, usta i serca odkładają na później. Potrzeby roślin są doprawdy nieodgadnione. Tym bardziej tajemnicze gdy zna się ciąg dalszy. Piersi, lekko już pozieleniałe w słoneczne dni rozkładały sobie piwonie na rozpostartych liściach zupełnie jak ciastka na paterach dziwnie drżących od słodkiego ciężaru. Tak wystrojone potworne markizy spacerowały po rozległych bajorach otoczone obłokiem Błotnych Wesz jak pudrem wytrząśniętym ze starej, zbutwiałej peruki.
Wszystko oczywiście w wielkim mołdawskim stylu. Strasznie i pięknie. Bardziej strasznie. Okropnie. Prawdę mówiąc - niezręcznie. Bo tak naprawdę… kuśtykając na sztywnych łodygach przypominały bardziej zużyte chińskie kurtyzany dręczone reumatycznymi prądami niż wielkie damy. Piwonie starały się kuśtykać ostrożne. Z uwagą, by nadpsute ozdoby nie pospadały w błoto. Nim księżyc znów nabrzmiał pełnią po dwóch tygodniach bagiennego menueta – zgniła ostatnia pierś. Piwonie wróciły do rzeczywistości i reszty deseru. Szybko zlizały usta z ust i połamały wszystkie serca w drobny mak. Mak wysiały na bagnach. Na północy i na wschodzie. Na zachodzie i w nocy serca mołdawskich bagien biły mocno i zmysłowo. W oparach zgnilizny, w mazistych czeluściach waliły jak kamień o błoto. Uwięzione na zawsze, pilnie strzeżone przez niezwykłe rośliny - kolekcjonerki niewieścich serc. Tyle o preferencjach konsumpcyjno - seksualnych Piwoni Olbrzymiej. Więcej nie wiem.
No może to, że Alicja miała przez moment do czynienia z tym dziwnym kwiatem. 5 lat wcześniej od momentu gdy zaczyna się nasza opowieść mieszkała w Krakowie (starym, niedużym mieście środkowej europy przerobionym na skansen w 2111r.) gdzie zajmowała się polerowaniem prętów. Różnych: dużych, cienkich, elektrycznych, gumowych, żeliwnych itp. Praca jak praca. Alicja nawet ją lubiła, ponieważ wymagała bliskiej styczności ze ścierkami. Ścierkami wszelkiej maści, kratek, grochów, wyszywanych w kotki, róże, świętych czy architektoniczne cuda starożytności.
Alicja urodziła się z miłością do ścierek. Jedni lubią uprawiać kaktusy, inni konstruować platformy przeładunkowe, inni znowu pływać, jeszcze inni torturować syntetyczne kucyki (z braku prawdziwych oczywiście, kucyki wymarły 150 lat wcześniej) A są i tacy, którzy lubią nic nie lubić. Czemu nie? Człowiek to wolny duch. Lubi co chce a chce, co mu się da.
Wszystko oczywiście w wielkim mołdawskim stylu. Strasznie i pięknie. Bardziej strasznie. Okropnie. Prawdę mówiąc - niezręcznie. Bo tak naprawdę… kuśtykając na sztywnych łodygach przypominały bardziej zużyte chińskie kurtyzany dręczone reumatycznymi prądami niż wielkie damy. Piwonie starały się kuśtykać ostrożne. Z uwagą, by nadpsute ozdoby nie pospadały w błoto. Nim księżyc znów nabrzmiał pełnią po dwóch tygodniach bagiennego menueta – zgniła ostatnia pierś. Piwonie wróciły do rzeczywistości i reszty deseru. Szybko zlizały usta z ust i połamały wszystkie serca w drobny mak. Mak wysiały na bagnach. Na północy i na wschodzie. Na zachodzie i w nocy serca mołdawskich bagien biły mocno i zmysłowo. W oparach zgnilizny, w mazistych czeluściach waliły jak kamień o błoto. Uwięzione na zawsze, pilnie strzeżone przez niezwykłe rośliny - kolekcjonerki niewieścich serc. Tyle o preferencjach konsumpcyjno - seksualnych Piwoni Olbrzymiej. Więcej nie wiem.
No może to, że Alicja miała przez moment do czynienia z tym dziwnym kwiatem. 5 lat wcześniej od momentu gdy zaczyna się nasza opowieść mieszkała w Krakowie (starym, niedużym mieście środkowej europy przerobionym na skansen w 2111r.) gdzie zajmowała się polerowaniem prętów. Różnych: dużych, cienkich, elektrycznych, gumowych, żeliwnych itp. Praca jak praca. Alicja nawet ją lubiła, ponieważ wymagała bliskiej styczności ze ścierkami. Ścierkami wszelkiej maści, kratek, grochów, wyszywanych w kotki, róże, świętych czy architektoniczne cuda starożytności.
Alicja urodziła się z miłością do ścierek. Jedni lubią uprawiać kaktusy, inni konstruować platformy przeładunkowe, inni znowu pływać, jeszcze inni torturować syntetyczne kucyki (z braku prawdziwych oczywiście, kucyki wymarły 150 lat wcześniej) A są i tacy, którzy lubią nic nie lubić. Czemu nie? Człowiek to wolny duch. Lubi co chce a chce, co mu się da.
sobota, 5 listopada 2011
Deszcz ustał. Przyczepy jakby się ocknęły. Pozamykały spokojnie drzwi, wyłączyły światła i runęły przed siebie gęstym, zbitym stadem. Widok był imponujący, wręcz monumentalny. Wielcy, blaszani Indianie znikali w mroku waląc po szybach rozwianymi wycieraczkami… I odtąd, nikt ich nie widział.Wkrótce, przyczepy kempingowe zorganizowały się w szczepy, później plemiona. Zaczęły się malować, przyozdabiać dachy gałęziami, obwieszać okna girlandami kamyków. Nowa rasa czerwonolakiernych, szybko okrzepła. Przyczepy – Indianie grasowały po skansenach i parkach narodowych, z okropnym wyciem tańczyły wokół płonących szybów naftowych, napadały na Dyliżanse Meteorologiczne, polowały na tekturowe bizony, roznosiły w perzynę gipsowe forty z pięknymi generałami na koniach z termoutwardzalnej plasteliny. Tętent kół słychać było na kilometry ( przyczepy kempingowe pozdejmowały sobie opony) Zdjęci lękiem turyści przestali przyjeżdżać a rząd machnął ręką. Szkoda zachodu. Turystycznych atrakcji nie brakuje przecież w układzie słonecznym. Nebraska opustoszała, całkowicie objęta we władanie przez plemię Kempingów. Wniosek. Jeżeli zwykła przyczepa kempingowa, zgrabna i nowoczesna, potrafi wywołać panikę wśród ludzi, to nie należy się dziwić sile stodoły? Starej przecież zmurszałej, koślawej i zwalistej. Wrażenie robiła upiorne. Stodoły siały więc postrach wśród graczy, tak jak piwonie wśród stodół. Duża ryba zjada małą, mała zjada dużą. Wniosek. Przysłowia, należy od czasu do czasu weryfikować. Tracą ważność w świecie, gdzie dół nie jest nawet górą, lecz częścią frytkownicy.
Poturbowani, okaleczeni gracze popularnych ZAPAŁEK, nie byli rzadkością. Zabawa była jednak tak ekscytująca i dzika, tak porywająca, że przetrwała cały sezon. Tydzień.
poniedziałek, 24 października 2011
Głośna swego czasu sprawa, a chodziło o zmutowane wozy kempingowe, takie zwykłe przyczepy lakierowane na biało budy. A wszystko przez sandwiche, zwykłe kanapki. A było to tak: użytkownicy wozów, turyści przeważnie, upychali niedojedzone kanapki w zakamarkach pojazdów. Z lenistwa, niechlujstwa, z przeświadczenia, iż to działanie luzackie, niesztampowe oraz niezwykle dowcipne. Dowcipny niechluj znany turystyce typ wybitego z rytmu pracownika wielkiej korporacji powołał do życia – Zemstę Manitou. Tak nazwano to zjawisko. Niezwykłe, co może zrobić zwykły Sandwich?! Zwykły sandwich z chlorku winylu ze standardowym wypełniaczem - piętnastotlenkiem glazu o sztywnych, musztardowych krawędziach, polany trójkwaskiem drapiny i aromatyzowany potem Makaka. Najzwyklejsza przekąska. Najpopularniejsza kanapka północnej półkuli, i to właśnie ona, ta banalna buła zamieniła przyczepy kempingowe… w Indian. Rozwój ma swoją cenę. Specyficzny konglomerat chemikaliów nazywany sandwiczem, wpychany przez lata niezmordowanymi rękami turystów w zakamarki metalowych ciał, tchnął ducha prerii w martwe wydawałoby się pojazdy! Prawie tchnął, bo pewnej nocy nadciągnęła burza. Burza z piorunami. Pioruny waliły wściekle w nagą ziemię, skały, w stado martwych jeszcze blaszaków. I nagle! Wozy kempingowe ożyły! Wszystkie na raz! Prąd popłynął przez sfermentowane ciałka sandwiczów. Roziskrzyły się tlenki, zabulgotały drapiny, roześmiały siarczany. Alchemia życia obudziła zimny metal. Czar zaczął działać. Wozy po raz pierwszy otworzyły okna, jak zaczarowane patrzyły w noc, w niebo, w deszcz. Cicho skrzypiały blachy, pod strugami deszczu jak końska skóra marszczyła się lekko biała karoseria. Zaciekawione przyczepy wysuwały zderzaki pod wiatr… węszyły. Trochę to wszystko trwało, to dziwne nasłuchiwanie ciszy długie i uważne jak modlitwa.poniedziałek, 17 października 2011
Podpalaczy i stodół było w bród, a to dzięki ówcześnie panującej modzie na pewną odmianę sportu ekstremalnego, lansowanego przyjazną formułą „ZAPAŁKI CZYNGIS – CHANA”Zabawa była prosta. W określonym momencie, w każdą sobotę o poranku, z przepastnych magazynów mieszczących się pod Bukaresztem wypuszczano na wolność stado drewnopodobnych stodół. Stodół różnej wielkości i wieku. Poganiane wyciem i oklaskami zdezorientowane drewniaki, miały za zadanie pierzchać najszybciej jak się tylko da. Byle dalej. Przed siebie. Trzeszcząc i skrzypiąc spojeniami znikały szybko za horyzontem, w lasach, w niedostępnych górskich rozpadlinach. Pościg ruszał po 12 godzinach. Żądni przygód i wrażeń uczestnicy zabawy, uzbrojeni w najnowocześniejszy sprzęt, zapasy żywności i oczywiście „ZAPAŁKI CZYNGIS – CHANA” wyruszali tropem uciekinierek. Wygrywał ten, kto wytropił i spalił jak największą ilość nieszczęsnych budynków. Można jeszcze dodać, że istniała też opcja dla dzieci i młodzieży. Maluchy podpalały zwinne karmiki dla ptaków i mało niestety bystre, drewniane latryny. Gra bywała ostra, nieprzewidywalna. Stodoły nie były głupie. Niektóre potrafiły się nieźle bronić. Walczyły jak lwy. Drewniane oczywiście. Techniki walki stodół były proste, ale skuteczne: np. sypały po oczach plewami, wykręcały ręce zawiasami, zgniatały na miazgę wielkimi
drzwiami, wbijały drzazgi pod paznokcie, no i najzwyczajniej w świecie - straszyły po nocach czarnym, nieruchomym cielskiem. To ostatnie działało najsilniej. Kto by pomyślał?
W XXIII wieku ludzie nadal boją się czarnych budynków. Oczywiście, bardziej tych pojawiających się znienacka. Trochę mniej, tych pojawiających się znienacka i robiących – buuuu! Ale najbardziej, bali się mrocznych grud straszących na nocnych polach Nebraski.
piątek, 14 października 2011
Bezwstydnie wybujałej i nie mniej agresywnej byliny, wywodzącej swe korzenie z płytkich mołdawskich bagien, bezdennie samotnych, oblepionych chmarami tureckich komarów, każdy w maleńkim żółtym turbaniku na owadziej główce. Piwonie Olbrzymie cieszyły się złą sławą. Niezbyt fortunne stwierdzenie, bo w rzeczywistości nikt nie miał pojęcia, co naprawdę cieszyło lub smuciło mołdawskie piwonie. A one, najprawdopodobniej miały to wszystko głęboko gdzieś. Zupełnie możliwe, że w bagnie. W tym przycupniętym pod Stupaczem niedaleko Striptiny. Czarnym, cuchnącym oczku smrodnym podobnym do wbitego w ziemię - wielkiego talerza czarniny, i podobno będącym kolebką bandyckich bylin. Ale, to tylko domysły.
Jedno jest pewne, Piwonie Olbrzymie to kwiaty odrażające, piękne i ciągle głodne. Gdzieś na przełomie lat 60-tych XXI wieku, po wyduszeniu okolicznych Zielonych Mokasynów ( wielce udanych modeli węży wykonanych ze sparciałych dętek rowerowych i zręcznie podmalowanych akwarelkami) rozsmakowały się w gajach oliwnych, i to tak zapamiętale, że przez 5 lat wyżarły wszystkie syntetyczne plantacje. Klepisko jak okiem sięgnąć. Od Karpat po Lyon zryta korzeniami ziemia. A nasze kwiaty wciąż nienasycone. Piwonie szybko poszukały innych źródeł pożywienia, a mianowicie przerzuciły się na bułgarskie stodoły, a dokładniej na ich niedojedzonych przez Babracza Gąbczastego – podpalaczy.
Jedno jest pewne, Piwonie Olbrzymie to kwiaty odrażające, piękne i ciągle głodne. Gdzieś na przełomie lat 60-tych XXI wieku, po wyduszeniu okolicznych Zielonych Mokasynów ( wielce udanych modeli węży wykonanych ze sparciałych dętek rowerowych i zręcznie podmalowanych akwarelkami) rozsmakowały się w gajach oliwnych, i to tak zapamiętale, że przez 5 lat wyżarły wszystkie syntetyczne plantacje. Klepisko jak okiem sięgnąć. Od Karpat po Lyon zryta korzeniami ziemia. A nasze kwiaty wciąż nienasycone. Piwonie szybko poszukały innych źródeł pożywienia, a mianowicie przerzuciły się na bułgarskie stodoły, a dokładniej na ich niedojedzonych przez Babracza Gąbczastego – podpalaczy.
czwartek, 13 października 2011
Alicja Benedykta Brzoza zrobiła to, co musiała. Wbiła wzrok w ścianę. A był zielony, śliczny, błyszczący, wypolerowany na glanc wewnętrzną Alicjową gorączką. Rozgrzany, rozogniony, wyrzucony z impetem na pola wyobraźni, stygł powoli jak powulkaniczny szmaragd. W końcu zastygł zupełnie. Stanął jak zepsuty zegarek. Ugrzązł w ciszy. Zielone źrenice Alicji zmieniły ogniskową, pociemniały jak denka od butelek. Alicja rozmarzyła się na dobre.
… Ze ściany, zaczęły wyłaniać się niebieskie zarysy. Dalekie, monumentalne góry zasnute różowymi mgłami. Alicja przechyliła głowę. Jak ładnie dziś idzie…
Na pierwszym planie wizji, na półce skalnej w niedbałej pozie stała Elizabeth w fioletowym kombinezonie z zieloną naszywką na prawym rękawie. Albo nie, w białym kombinezonie z żółtą naszywką na lewym rękawie. Tak lepiej. Zjawa Elizabeth patrzyła w dal. Zamyślona, niedostępna. Piękna i nieporuszona. Starożytna bogini wtopiona w ażurowy półcień, rzucany przez rosnące tuż obok drzewko wazelinowe zasłonięte do połowy przez ogromne, fioletowe liście Piwonii Olbrzymiej.
… Ze ściany, zaczęły wyłaniać się niebieskie zarysy. Dalekie, monumentalne góry zasnute różowymi mgłami. Alicja przechyliła głowę. Jak ładnie dziś idzie…
Na pierwszym planie wizji, na półce skalnej w niedbałej pozie stała Elizabeth w fioletowym kombinezonie z zieloną naszywką na prawym rękawie. Albo nie, w białym kombinezonie z żółtą naszywką na lewym rękawie. Tak lepiej. Zjawa Elizabeth patrzyła w dal. Zamyślona, niedostępna. Piękna i nieporuszona. Starożytna bogini wtopiona w ażurowy półcień, rzucany przez rosnące tuż obok drzewko wazelinowe zasłonięte do połowy przez ogromne, fioletowe liście Piwonii Olbrzymiej.
środa, 12 października 2011
Był wiek XXIII, niedziela, godzina - 15. Ubrany do rosołu, doświadczony Drapacz Chmur – Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka czekał na zupę. A umiał czekać jak nikt. Czekając jak nikt, wodził surowym wzrokiem po blacie stołu. Wodził wzrokiem surowym aczkolwiek z nutką roztargnienia, co zauważył tylko Waleriusz Rozkoszny drzemiący płytkim, przyjemnym snem. Blat obity był twardą blachą i pomalowany błękitną farbą olejną. By przypominał niebo, pomysł don Manuela Viskozy nieskomentowany przez nikogo. Błękitna i śliska niegdyś powłoka zmatowiała pamięcią setek posiłków. Don Manuel odruchowo szukał chmur. Nie wytropiwszy interesującego zacieku, wbił wzrok w nic szczególnego. Zaczęło pachnieć mokrym asfaltem. Alicja Benedykta Brzoza odrzuciła lekko włosy. Spojrzała w lewo. Zaczyna się – pomyślała bezwiednie. Na lewo była ściana bez zegara. Alicja rozmarzyła się. Dobra ściana na letnie popołudnie. Biała, jasna. Pasuje na długą opowieść. Porządną. Piękną i smutną. Koniecznie dramatyczną. Jak zwykle zresztą…
Subskrybuj:
Posty (Atom)










