Podpalaczy i stodół było w bród, a to dzięki ówcześnie panującej modzie na pewną odmianę sportu ekstremalnego, lansowanego przyjazną formułą „ZAPAŁKI CZYNGIS – CHANA”Zabawa była prosta. W określonym momencie, w każdą sobotę o poranku, z przepastnych magazynów mieszczących się pod Bukaresztem wypuszczano na wolność stado drewnopodobnych stodół. Stodół różnej wielkości i wieku. Poganiane wyciem i oklaskami zdezorientowane drewniaki, miały za zadanie pierzchać najszybciej jak się tylko da. Byle dalej. Przed siebie. Trzeszcząc i skrzypiąc spojeniami znikały szybko za horyzontem, w lasach, w niedostępnych górskich rozpadlinach. Pościg ruszał po 12 godzinach. Żądni przygód i wrażeń uczestnicy zabawy, uzbrojeni w najnowocześniejszy sprzęt, zapasy żywności i oczywiście „ZAPAŁKI CZYNGIS – CHANA” wyruszali tropem uciekinierek. Wygrywał ten, kto wytropił i spalił jak największą ilość nieszczęsnych budynków. Można jeszcze dodać, że istniała też opcja dla dzieci i młodzieży. Maluchy podpalały zwinne karmiki dla ptaków i mało niestety bystre, drewniane latryny. Gra bywała ostra, nieprzewidywalna. Stodoły nie były głupie. Niektóre potrafiły się nieźle bronić. Walczyły jak lwy. Drewniane oczywiście. Techniki walki stodół były proste, ale skuteczne: np. sypały po oczach plewami, wykręcały ręce zawiasami, zgniatały na miazgę wielkimi
drzwiami, wbijały drzazgi pod paznokcie, no i najzwyczajniej w świecie - straszyły po nocach czarnym, nieruchomym cielskiem. To ostatnie działało najsilniej. Kto by pomyślał?
W XXIII wieku ludzie nadal boją się czarnych budynków. Oczywiście, bardziej tych pojawiających się znienacka. Trochę mniej, tych pojawiających się znienacka i robiących – buuuu! Ale najbardziej, bali się mrocznych grud straszących na nocnych polach Nebraski.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz