A daje mu się wszystko i to z oszałamiającą prędkością. W ten sposób konsument, każdą nową rzeczą cieszy się przez około 4 sekundy. Na więcej nie ma czasu. Ale to nic. Rozwój ma swoje prawa. Swoje koszty. Każdy to rozumie, dlatego nie należy się dziwić, że Alicja lubiła ścierki. Mniej więcej tak to idzie. A jeżeli nie tak, to pewnie jakoś inaczej. Nieważne. I tak nikogo to nie obchodzi. A poza tym, są sprawy ważniejsze. Ważne! Niecierpiące zwłoki! Wymagające naszej uwagi! Arcynowe! Patrzące gdzieś tam! Możliwe, że w przyszłość!
Np. nowe modele pilotów do telewizora, skuteczniej od poprzednich niwelujące odleżyny na palcach, czy adrenalina w kremie poszukiwana przez leciwe Angielki i tureckich gejów, czy cudowne antyseptyczne randki w nadfiolecie, czy w końcu testowanie nowych nóg (model N621k) z hartowanego rattanu na romantycznym Io, przepięknym księżycu Jowisza wabiącym barwnymi rozlewiskami płynnej siarki i soli trzeźwiących. Nowe modele wytrzymują podobno 16 godzin brodzenia w Ioańskich kałużach! Ileż w tym wszystkim pomysłowości! Ile pasji i radości życia. Owszem. Alicja czerpała swoją ze smutku. Wszystkie wymyślone przez nią historie przesycone były smutkiem, nostalgią, cieniem, w monochromatycznych tonacjach, spłowiałe, sentymentalne do bólu. Alicja Benedykta Brzoza była zapamiętałą marzycielką:
Jeżeli kwiaty – to zwiędłe.
Jeżeli koniec – to na amen
Jeżeli miłość – to na krawędzi.
Jeżeli śmierć – to na zabój.
Im więcej smutku, tym radośniej na sercu. Gołym okiem widać nienowoczesność Alicji. Ani fajna, ani trendy. Bardziej owędy ze skłonnością do zanikającej gestykulacji, często potykająca się o absolutną gładź ulic. Ze współlokatorem takim jak Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka,z łatwością więc znalazła wspólny, mało używany język. Mało używany, z tendencją do nieużywania. Oboje pragnęli niekończących się przestrzeni ciszy. A wracając do przeszłości…5 lat wcześniej, na krakowskim rynku wystawiono dużą, żelazną klatkę. W klatce, w olbrzymiej donicy pełnej błota tkwiła nieruchomo Piwonia Olbrzymia pożądliwie obserwując tłum. Była atrakcją turystyczną. Niezbyt dobry był to pomysł, ponieważ piwonie szybko więdną w suchym klimacie. Bez życiodajnych, bagiennych oparów kurczą się i umierają. Alicji żal było drapieżnej rośliny. Przez 6 dni polerowała pręty jej klatki uważając by mołdawska pani nie odgryzła jej dłoni ze ścierką. Przez 6 dni patrzyła jak gaśnie w oczach, liściach, łodygach. Bombardowana dropsami, hot-dogami, monetami, chrupkami czy w końcu fleszami aparatów fotograficznych – zdechła w sobotę rano. Turyści jak to turyści - nic nie zauważyli, bo zajęci byli jak zwykle robieniem zdjęć jedzeniem. A gdy w końcu zauważyli, zdjął ich półgodzinny smutek. By sprostać wymaganiom chwili i biznesu, menedżerowie miasta zareagowali błyskawicznie. Po prostu zmienili legendę Krakowa. To, co odeszło, żyć będzie wiecznie w pamięci miasta. Sprytne, przewidujące, i jakie ładne! Turyści byli zachwyceni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz