poniedziałek, 13 lutego 2012

Alicja znieruchomiała. Spojrzała zdziwiona na flaminga. Na różowej, ptasiej twarzy malował się głęboki smutek. Smutek wpadał miejscami w rozpacz. Rozpacz wpadała w oliwkową zieleń. Zieleń przechodziła w czerń winorośli by na nowo zderzyć się z angielskim różem rozświetlonym ołowiową bielą. Piękne zestawienie. Gdy urodziłeś się różowy nie masz wyjścia, musisz dbać o zestawienia kolorystyczne w każdej sytuacji. Takie są oczekiwania społeczne, stereotyp ptaka - eleganta. Może, dlatego flamingi tak często kończą w show- biznesie? Czy ja wiem?
      Ścierka wypadła z rąk Alicji Benedykty Brzozy.
      ― Tak mi przykro ― wyszeptała.
      ― Niedobre miejsce dla estety ― dodała wolno bardziej do siebie.
      ― Młot Thora & Obcęgi Freji ― tak się nazywa centrum ― wymamrotał flaming.
      ― Będę hostessą ― rozpłakał się nagle jak zwykła kura domowa. Coś jakby pękło. Małe, błotne gluciki spływały flamingowi po twarzy, dziobie i piersiach. Żałosny Ryszard. Alicja rozejrzała się bezradnie. Otwarte drzwi szafy leciutko skrzypiały. Żółta mgła wisiała pasmami, rzeka kotłowała brunatny nurt, zieleń świeża a flaming szlochał. Szlochał. Lekko mówiąc - szlochał. Ryczał jak dziecko. I to jak ludzkie dziecko. Ryk był doprawdy nieludzki!
       Co robić? No, co? Nie wiem. Może nic. Tak czasem jest dobrze. Lepiej potrzymać za rękę, to znaczy za pazur. Zerknęła na ptaka. Albo nie... Alicja potarła palcami czoło.
       Ale tłuste, hmm, światła nie zgasiłam, trzeba zamknąć drzwi, krzesło się wyziębi a muszę dziś jeszcze posiedzieć, raport napisać, o miłości pomyśleć, bieżnik wytrzepać, kiedy ja właściwie pastowałam kozaki? Potrzebuję rozrywki - myślała Alicja wydłubując błoto ze ścierki, chyba ktoś stoi na drugim brzegu? Hmm… pewnie gdybym była ruda, byłoby inaczej? Na pewno, wszystko ma swoje znaczenie. Kap, kap, kap, kap, myśl za myślą stukały w czaszkę Alicji. Waliły w kość. Drążyły studnie. Byle się wydostać. Na powietrze, na swobodę. Bo myśli jak to myśli - lubią fruwać. Myślące latawice miały główki nie od parady. Znalazły wyjście. A jakże! Od wieków go przecież używały. Spryciary wypłynęły przez dziurki od nosa. Głębokie myśli lewą dziurką, a płytkie prawą. Dobrze słyszycie. Wypłynęły w postaci pospolitych smarków.
        Smarki to zmaterializowane myśli, i jako takie źle kończą. Zasuszone w pomiętych higienicznych chusteczkach, bynajmniej nie jak drogie sercu róże, lecz jak maziste, glutowate paskudztwo - galopują przywarte do białych, papierowych rumaków w ostatnią podróż, na śmietnik do krainy rozkładu. Czyż nie ładnie o nich mówię? Ładnie. Dziękuję. Ależ nie ma, za co. Wracając do rzeczowej, chłodnej narracji…
       Alicja wysmarkała wszystkie głupie myśli. Mądre zresztą też. W głowie miała pustkę. Prawie pustkę. Na dnie kształtnego Alicjowego mózgu, siedziała po turecku mała myśl. Indiańska z urody, skupiona i genialna. Myśl zaświtała, drgnęła i poskoczyła. Wzięła zamach i z całej siły walnęła Alicję tomahawkiem w czoło.
       ― Chcesz pokrywkę od cukiernicy! ― wrzasnęła olśniona Alicja. Wrzasnęła i uśmiechnęła się zdziwiona własnym genialnym pomysłem.
      ― Tę zieloną? ― odparł zadziwiająco szybko i trzeźwo flaming.
         ― No tak ― odpowiedziała Alicja i odetchnęła z ulgą. Znała słabość flaminga do gustownych ozdób, szczególnie do zielonej cukiernicy. Jeszcze mu oczy nie obeschły, jeszcze małe jeziorka błyszczały na różowych oczkach, gdy z uśmiechem na dziobie i pokrywką od cukiernicy na głowie, odchodził w siną dal.
      ― Napisz! ― Krzyknęła Alicja
      ― Dobrze! ― A ty się przygotuj! ― Zaraz będą! ― Ledwo słyszalny głos ptaka tonął we mgle. Gdzieś daleko.  

czwartek, 26 stycznia 2012

Szczęście don Manuela opisać jest równie trudno jak jego samego. Zwłaszcza, że jak każdy wie szczęście nie jedno ma imię w przeciwieństwie do kija, który imienia nie ma w ogóle, ale za to ma dwa końce, a samotny kij tym bardziej jest jak igła w stogu siana, sam jak palec. Tak, więc sprawa się komplikuje. Jedno jest pewne, szczęście Portugalczyka było wielkie i niebezpieczne. Wręcz zabójcze. Do rana ¼ Laotańczyków (nie wliczając turystów) zmarła z powodu uduszenia. Rząd wysłał na ulice wojsko i śmieciarki w celu zaprowadzenia porządku. Na terenie kraju ogłoszono najwyższy stan zagrożenia epidemiologicznego, zarządzono kwarantannę. Histeria ogarnęła tłumy. Zaczęły się rozruchy. Sytuacja stała się bardzo groźna. I gdyby pewien flaming nie zapukał dziobem w szafę, życie mieszkańców południowo – wschodniej Azji stanęłoby pod znakiem zapytania.

A było to tak. Ratunek przyszedł z dżungli i to w ostatniej chwili. Tonący we łzach don Manuel nie zauważał mijających godzin. Nie miał pojęcia o swej niszczycielskiej sile. Nic nie widział. Nic nie słyszał. Nic oprócz szafy. Głuchy na krzyki rozpaczy tego świata a dokładnie maleńkiej jego części Laosu. Portugalski niszczyciel światów wpadł w trans. W wielkie zapomnienie. Wielkie zapatrzenie. Światy spływały po nim jak po kaczce i wpadały do rzeki. Don Manuel odleciał.

I kiedy już prawie oszalał. Właśnie wtedy. Nagle. Od czarnej ściany dżungli oderwała się jaskrawa plamka. Okazały, zjawiskowy flaming. Różowy i ładny jak rokokowy markiz szedł sprężystym, lekkim krokiem w kierunku rzeki. Kroczył dostojnie wyżynając się wściekłym różem na znieruchomiałym, ciemnym pejzażu. Czasami przystawał, przekrzywiał głowę jakby nasłuchując i szedł dalej jak gdyby nigdy nic. Dotarł do brzegu, podszedł do szafy i elegancko zastukał dziobem w drzwi. Don Manuel natychmiast przestał płakać. Wyciągnął chudą szyję. 
         Drzwi szafy, otworzywszy się z trzaskiem walnęły flaminga w piękną, stylową pierś. Różowy markiz wyleciał jak z procy i przeleciawszy ładnych parę metrów, zarył w błotnisty brzeg rzeki.
          ― Cholera jasna! ― Zmełł w dziobie przekleństwo wściekły ptak. Zmełł i wypluł.
          ― Znów byłam nieuważna! W otwartych drzwiach stała młoda kobieta w białych kozakach. Zakrywała prawą dłonią usta. Lewą przyciskała prawą do ust. Wytrzeszczone oczy, przerażenie na twarzy, sweter na guziki. Wyglądała nieładnie.
          ― Nic ci nie jest?! ― Wybacz Ryszardzie! ― Zaraz przyniosę ścierkę! Alicja zniknęła w czeluściach szafy.
          ― Zaskoczyłeś mnie!
          Jak zwykle, pomyślał flaming wpatrując się w niebo. Leżał na wznak zatopiony do połowy w żółtawym błocie. Jego długie, ciemnoróżowe nóżki wyglądały jeszcze smutniej niż szafa. Rozrzucone w nieładzie na powierzchni błota, jak gałązki wiśni, pomyślała Alicja wycierając ścierką lewy pazur flaminga Ryszarda, a głośno dodała:
          ― Wyprzystojniałeś Ryszardzie. Flaming Ryszard uniósł z wysiłkiem głowę, później plecy przytwierdzone do głowy. Podparł się na pierzastych łokciach.
         ― Przenoszą mnie ― powiedział ponuro nie patrząc na Alicję ― do Sztokholmu ― do centrum rozrywki.