Powieść futurystyczna. Jest wiek XXIII. Występują: Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka, Alicja Benedykta Brzoza, Istvan Ukradek Zerka i Waleriusz zwany Rozkosznym. Życie w XXIII wieku jest proste i wesołe, bohaterowie radzą więc sobie jak mogą. Nie ma wojen, biedy, rasizmu, patriotyzmu, kotów, ani roślin. Poprawka. Z roślin przetrwała tylko Piwonia Olbrzymia. Bohaterowie są nudni. Nie ma akcji. Życie jakoś tam płynie. Czyli pod tym względem nic się od 300 lat nie zmieniło.
sobota, 17 grudnia 2011
Magiczne pustkowia don Manuela mają tylko jedno miejsce siedzące. W samym środku nieskończonej przestrzeni stoi brązowe krzesło. Tron don Manuela Viskozy i jego miejsce we wszechświecie. Miejsce siedzenia i patrzenia. Profesjonalne stanowisko Superczekacza. Matka byłaby z niego dumna. Nie z syna, tylko z krzesła oczywiście. Własnoręcznie przemalowała je brązową farbą. Najweselszym kolorem Aveiros, by dobrze trzymało się podłogi. Ojciec don Manuela był bardziej praktyczny, możliwe, iż z tego powodu umarł wcześnie. Rano, przy śniadaniu z zagadkowym stwierdzeniem na ustach. Lubię opowiadać o don Manuelu. Mogę to robić swobodnie, bo zupełnie go nie znam. Nic a nic. Nigdy go nie widziałam. Wiecie jak to jest. Gdy się kogoś dobrze pozna, wielu rzeczy już mówić nie można. A jak kogoś nie znasz, to pełna swoboda. Widzisz i mówisz. Bez problemu. Żyć nie umierać. Znałam kiedyś Alicję Benedyktę Brzozę. Fakt ten ma znaczenie zasadnicze, ponieważ Alicja Benedykta Brzoza znała don Manuela Viskozę i wielu innych, których nie znam. Co tu jeszcze powiedzieć? Chyba już nic.
Kamienny spokój don Manuela Viskozy nie był ani sztuczny, ani wyuczony, ani osiągnięty. Po prostu był. Urodził się z don Manuelem, tak jak don Manuel urodził się ze swojej matki.
Donia Glukoza Wazon de Rolka y Papy na Dach, nie pobłażała ani synowi, ani mężowi, ani zaciekom. Do końca życia obnosiła po mieście dobre zdrowie, kolorowe palce i niepokojąco piękne oczy morskiej krowy. I tym właśnie spojrzeniem, bystrym jak strumień słonecznego wiatru, wilgotnym jak skalne jaskinie, czarnym jak zawodzenie Głębinowych Gąbek, wypatrywała okno za oknem. Noc za nocą. Minutę po godzinie. Aż czas dosięgał dna. Dnie przesypiała na sofie. Staromodnej, stojącej pod wypatroszonym od dawna oknem. I tak też umarła. Z niedokończonym śmigłem w prawej śpiącej dłoni. Z pędzelkiem – zerówką, między palcami następnej dłoni. Na sofie. Tak jak lubiła, odeszła w stylu zabitej dechami studni. Dość pospolita śmierć w rodzie - de Rolka y Papy. Natomiast nocami, zamiast we śnie, zatapiała się w farbie. Duszą i ciałem. Rękami i nogami.
Donia Glukoza malowała śmigła dla Rybitw Wąsatych. Całe życie poświęciła tej wąskiej specjalizacji. Nie znosiła partactwa i zacieków. Donia Glukoza Wazon osiągnęła mistrzostwo w swoim zawodzie, chociaż czasami dla odprężenia brała inne zlecenia: wyklepywanie żółwich skorup albo wyostrzanie fal za pomocą temperówki i niebieskiego atramentu. Jednym słowem a właściwie pięcioma, matka don Manuela uwielbiała malować i wyglądać przez okno. Tę drugą pasję przekazała milczącemu synowi. I nic więcej. W Aveiro niedużo potrzeba do życia. Słońce praży w każdy dzień tak samo. Jest bardzo ciepło. Niebo nadal ciemnoniebieskie. Jedzenie tanie a kombinezony bezpłatne. Srebrne, stylizowane na regionalne baskiny i basety, z godłem Aveiros na lewym ramieniu skutecznie chronią przed nadmiernym odparowywaniem surowicy.
A don Manuelowi potrzeba jeszcze mniej niż skalnej jaszczurce z zielonej blachy. Jeszcze mniej niż waży kropelka zielonej tempery. Prawie nic. Niebezpiecznie mało. Gdyby potrzeby don Manuela spadły poniżej 10%, czekałoby go przymusowe szkolenie w Zakładzie Korygującym. Dlatego don Manuel zastosował podstęp godny siebie. Zaprenumerował żyrandol. Co miesiąc przynoszono i montowano mu nowy model oświetlenia górnego a w aktach Obywatela Nowej Ziemi pojawiała się stosowna adnotacja: Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka - Potrzeba (w formie luksusu) - wykonano.
Czasy były ciężkie. Trzeba było ciągle gdzieś jeździć, czegoś chcieć i wyrażać radość tak, by była widoczna. Don Manuel, tak jak zresztą większość ludzi, przyzwyczaił się do przymusowych przesiedleń. Już nie zwracał uwagi na otoczenie. Tu czy tam. Wszędzie było podobnie. Co pięć lat zmieniał pracę i okna. Co pięć lat każdy obywatel Nowej Ziemi zmieniał pracę i okna. Co najmniej 1500 kilometrów powinno dzielić stare miejsce zamieszkania od nowego. Znakomity i cudownie prosty lek na nacjonalizm i nietolerancję. Lek zadziałał. Już po 300 latach nikogo już nie obchodziło skąd pochodzi i kogo ma nie lubić. Ludzie zapomnieli. Wymieszali się w nieustannym mieszaniu. Ogólny dobrobyt wzrósł, zadowolenie też. Degradacja środowiska naturalnego, jak donosiły dobrze poinformowane media, uległa specyficznemu przeobrażeniu. Tak jak przewidywano. Bez zaskoczenia. Wszystko pod kontrolą. Priorytetem stał się rozwój. Na biegunie północnym zapłonęło światło nadziei. Znicz w formie olbrzymiego tasaka, symbolizował odcięcie Nowego od Starego. Szło dobrze. Ale do zburzenia został jeszcze ostatni bastion Starej Ziemi. Wielki Mit. Elementarz niezliczonych pokoleń. Tu było najtrudniej. Mit miał wielu obrońców i miłośników. Najzatwardzialsi z nich, przykro to powiedzieć, ale niestety trzeba – zostali zutylizowani. Resztę przekonano podstępem. Mądrym wybiegiem dla dobra nas wszystkich.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz