Głośna swego czasu sprawa, a chodziło o zmutowane wozy kempingowe, takie zwykłe przyczepy lakierowane na biało budy. A wszystko przez sandwiche, zwykłe kanapki. A było to tak: użytkownicy wozów, turyści przeważnie, upychali niedojedzone kanapki w zakamarkach pojazdów. Z lenistwa, niechlujstwa, z przeświadczenia, iż to działanie luzackie, niesztampowe oraz niezwykle dowcipne. Dowcipny niechluj znany turystyce typ wybitego z rytmu pracownika wielkiej korporacji powołał do życia – Zemstę Manitou. Tak nazwano to zjawisko. Niezwykłe, co może zrobić zwykły Sandwich?! Zwykły sandwich z chlorku winylu ze standardowym wypełniaczem - piętnastotlenkiem glazu o sztywnych, musztardowych krawędziach, polany trójkwaskiem drapiny i aromatyzowany potem Makaka. Najzwyklejsza przekąska. Najpopularniejsza kanapka północnej półkuli, i to właśnie ona, ta banalna buła zamieniła przyczepy kempingowe… w Indian. Rozwój ma swoją cenę. Specyficzny konglomerat chemikaliów nazywany sandwiczem, wpychany przez lata niezmordowanymi rękami turystów w zakamarki metalowych ciał, tchnął ducha prerii w martwe wydawałoby się pojazdy! Prawie tchnął, bo pewnej nocy nadciągnęła burza. Burza z piorunami. Pioruny waliły wściekle w nagą ziemię, skały, w stado martwych jeszcze blaszaków. I nagle! Wozy kempingowe ożyły! Wszystkie na raz! Prąd popłynął przez sfermentowane ciałka sandwiczów. Roziskrzyły się tlenki, zabulgotały drapiny, roześmiały siarczany. Alchemia życia obudziła zimny metal. Czar zaczął działać. Wozy po raz pierwszy otworzyły okna, jak zaczarowane patrzyły w noc, w niebo, w deszcz. Cicho skrzypiały blachy, pod strugami deszczu jak końska skóra marszczyła się lekko biała karoseria. Zaciekawione przyczepy wysuwały zderzaki pod wiatr… węszyły. Trochę to wszystko trwało, to dziwne nasłuchiwanie ciszy długie i uważne jak modlitwa.Powieść futurystyczna. Jest wiek XXIII. Występują: Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka, Alicja Benedykta Brzoza, Istvan Ukradek Zerka i Waleriusz zwany Rozkosznym. Życie w XXIII wieku jest proste i wesołe, bohaterowie radzą więc sobie jak mogą. Nie ma wojen, biedy, rasizmu, patriotyzmu, kotów, ani roślin. Poprawka. Z roślin przetrwała tylko Piwonia Olbrzymia. Bohaterowie są nudni. Nie ma akcji. Życie jakoś tam płynie. Czyli pod tym względem nic się od 300 lat nie zmieniło.
poniedziałek, 24 października 2011
Głośna swego czasu sprawa, a chodziło o zmutowane wozy kempingowe, takie zwykłe przyczepy lakierowane na biało budy. A wszystko przez sandwiche, zwykłe kanapki. A było to tak: użytkownicy wozów, turyści przeważnie, upychali niedojedzone kanapki w zakamarkach pojazdów. Z lenistwa, niechlujstwa, z przeświadczenia, iż to działanie luzackie, niesztampowe oraz niezwykle dowcipne. Dowcipny niechluj znany turystyce typ wybitego z rytmu pracownika wielkiej korporacji powołał do życia – Zemstę Manitou. Tak nazwano to zjawisko. Niezwykłe, co może zrobić zwykły Sandwich?! Zwykły sandwich z chlorku winylu ze standardowym wypełniaczem - piętnastotlenkiem glazu o sztywnych, musztardowych krawędziach, polany trójkwaskiem drapiny i aromatyzowany potem Makaka. Najzwyklejsza przekąska. Najpopularniejsza kanapka północnej półkuli, i to właśnie ona, ta banalna buła zamieniła przyczepy kempingowe… w Indian. Rozwój ma swoją cenę. Specyficzny konglomerat chemikaliów nazywany sandwiczem, wpychany przez lata niezmordowanymi rękami turystów w zakamarki metalowych ciał, tchnął ducha prerii w martwe wydawałoby się pojazdy! Prawie tchnął, bo pewnej nocy nadciągnęła burza. Burza z piorunami. Pioruny waliły wściekle w nagą ziemię, skały, w stado martwych jeszcze blaszaków. I nagle! Wozy kempingowe ożyły! Wszystkie na raz! Prąd popłynął przez sfermentowane ciałka sandwiczów. Roziskrzyły się tlenki, zabulgotały drapiny, roześmiały siarczany. Alchemia życia obudziła zimny metal. Czar zaczął działać. Wozy po raz pierwszy otworzyły okna, jak zaczarowane patrzyły w noc, w niebo, w deszcz. Cicho skrzypiały blachy, pod strugami deszczu jak końska skóra marszczyła się lekko biała karoseria. Zaciekawione przyczepy wysuwały zderzaki pod wiatr… węszyły. Trochę to wszystko trwało, to dziwne nasłuchiwanie ciszy długie i uważne jak modlitwa.poniedziałek, 17 października 2011
Podpalaczy i stodół było w bród, a to dzięki ówcześnie panującej modzie na pewną odmianę sportu ekstremalnego, lansowanego przyjazną formułą „ZAPAŁKI CZYNGIS – CHANA”Zabawa była prosta. W określonym momencie, w każdą sobotę o poranku, z przepastnych magazynów mieszczących się pod Bukaresztem wypuszczano na wolność stado drewnopodobnych stodół. Stodół różnej wielkości i wieku. Poganiane wyciem i oklaskami zdezorientowane drewniaki, miały za zadanie pierzchać najszybciej jak się tylko da. Byle dalej. Przed siebie. Trzeszcząc i skrzypiąc spojeniami znikały szybko za horyzontem, w lasach, w niedostępnych górskich rozpadlinach. Pościg ruszał po 12 godzinach. Żądni przygód i wrażeń uczestnicy zabawy, uzbrojeni w najnowocześniejszy sprzęt, zapasy żywności i oczywiście „ZAPAŁKI CZYNGIS – CHANA” wyruszali tropem uciekinierek. Wygrywał ten, kto wytropił i spalił jak największą ilość nieszczęsnych budynków. Można jeszcze dodać, że istniała też opcja dla dzieci i młodzieży. Maluchy podpalały zwinne karmiki dla ptaków i mało niestety bystre, drewniane latryny. Gra bywała ostra, nieprzewidywalna. Stodoły nie były głupie. Niektóre potrafiły się nieźle bronić. Walczyły jak lwy. Drewniane oczywiście. Techniki walki stodół były proste, ale skuteczne: np. sypały po oczach plewami, wykręcały ręce zawiasami, zgniatały na miazgę wielkimi
drzwiami, wbijały drzazgi pod paznokcie, no i najzwyczajniej w świecie - straszyły po nocach czarnym, nieruchomym cielskiem. To ostatnie działało najsilniej. Kto by pomyślał?
W XXIII wieku ludzie nadal boją się czarnych budynków. Oczywiście, bardziej tych pojawiających się znienacka. Trochę mniej, tych pojawiających się znienacka i robiących – buuuu! Ale najbardziej, bali się mrocznych grud straszących na nocnych polach Nebraski.
piątek, 14 października 2011
Bezwstydnie wybujałej i nie mniej agresywnej byliny, wywodzącej swe korzenie z płytkich mołdawskich bagien, bezdennie samotnych, oblepionych chmarami tureckich komarów, każdy w maleńkim żółtym turbaniku na owadziej główce. Piwonie Olbrzymie cieszyły się złą sławą. Niezbyt fortunne stwierdzenie, bo w rzeczywistości nikt nie miał pojęcia, co naprawdę cieszyło lub smuciło mołdawskie piwonie. A one, najprawdopodobniej miały to wszystko głęboko gdzieś. Zupełnie możliwe, że w bagnie. W tym przycupniętym pod Stupaczem niedaleko Striptiny. Czarnym, cuchnącym oczku smrodnym podobnym do wbitego w ziemię - wielkiego talerza czarniny, i podobno będącym kolebką bandyckich bylin. Ale, to tylko domysły.
Jedno jest pewne, Piwonie Olbrzymie to kwiaty odrażające, piękne i ciągle głodne. Gdzieś na przełomie lat 60-tych XXI wieku, po wyduszeniu okolicznych Zielonych Mokasynów ( wielce udanych modeli węży wykonanych ze sparciałych dętek rowerowych i zręcznie podmalowanych akwarelkami) rozsmakowały się w gajach oliwnych, i to tak zapamiętale, że przez 5 lat wyżarły wszystkie syntetyczne plantacje. Klepisko jak okiem sięgnąć. Od Karpat po Lyon zryta korzeniami ziemia. A nasze kwiaty wciąż nienasycone. Piwonie szybko poszukały innych źródeł pożywienia, a mianowicie przerzuciły się na bułgarskie stodoły, a dokładniej na ich niedojedzonych przez Babracza Gąbczastego – podpalaczy.
Jedno jest pewne, Piwonie Olbrzymie to kwiaty odrażające, piękne i ciągle głodne. Gdzieś na przełomie lat 60-tych XXI wieku, po wyduszeniu okolicznych Zielonych Mokasynów ( wielce udanych modeli węży wykonanych ze sparciałych dętek rowerowych i zręcznie podmalowanych akwarelkami) rozsmakowały się w gajach oliwnych, i to tak zapamiętale, że przez 5 lat wyżarły wszystkie syntetyczne plantacje. Klepisko jak okiem sięgnąć. Od Karpat po Lyon zryta korzeniami ziemia. A nasze kwiaty wciąż nienasycone. Piwonie szybko poszukały innych źródeł pożywienia, a mianowicie przerzuciły się na bułgarskie stodoły, a dokładniej na ich niedojedzonych przez Babracza Gąbczastego – podpalaczy.
czwartek, 13 października 2011
Alicja Benedykta Brzoza zrobiła to, co musiała. Wbiła wzrok w ścianę. A był zielony, śliczny, błyszczący, wypolerowany na glanc wewnętrzną Alicjową gorączką. Rozgrzany, rozogniony, wyrzucony z impetem na pola wyobraźni, stygł powoli jak powulkaniczny szmaragd. W końcu zastygł zupełnie. Stanął jak zepsuty zegarek. Ugrzązł w ciszy. Zielone źrenice Alicji zmieniły ogniskową, pociemniały jak denka od butelek. Alicja rozmarzyła się na dobre.
… Ze ściany, zaczęły wyłaniać się niebieskie zarysy. Dalekie, monumentalne góry zasnute różowymi mgłami. Alicja przechyliła głowę. Jak ładnie dziś idzie…
Na pierwszym planie wizji, na półce skalnej w niedbałej pozie stała Elizabeth w fioletowym kombinezonie z zieloną naszywką na prawym rękawie. Albo nie, w białym kombinezonie z żółtą naszywką na lewym rękawie. Tak lepiej. Zjawa Elizabeth patrzyła w dal. Zamyślona, niedostępna. Piękna i nieporuszona. Starożytna bogini wtopiona w ażurowy półcień, rzucany przez rosnące tuż obok drzewko wazelinowe zasłonięte do połowy przez ogromne, fioletowe liście Piwonii Olbrzymiej.
… Ze ściany, zaczęły wyłaniać się niebieskie zarysy. Dalekie, monumentalne góry zasnute różowymi mgłami. Alicja przechyliła głowę. Jak ładnie dziś idzie…
Na pierwszym planie wizji, na półce skalnej w niedbałej pozie stała Elizabeth w fioletowym kombinezonie z zieloną naszywką na prawym rękawie. Albo nie, w białym kombinezonie z żółtą naszywką na lewym rękawie. Tak lepiej. Zjawa Elizabeth patrzyła w dal. Zamyślona, niedostępna. Piękna i nieporuszona. Starożytna bogini wtopiona w ażurowy półcień, rzucany przez rosnące tuż obok drzewko wazelinowe zasłonięte do połowy przez ogromne, fioletowe liście Piwonii Olbrzymiej.
środa, 12 października 2011
Był wiek XXIII, niedziela, godzina - 15. Ubrany do rosołu, doświadczony Drapacz Chmur – Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka czekał na zupę. A umiał czekać jak nikt. Czekając jak nikt, wodził surowym wzrokiem po blacie stołu. Wodził wzrokiem surowym aczkolwiek z nutką roztargnienia, co zauważył tylko Waleriusz Rozkoszny drzemiący płytkim, przyjemnym snem. Blat obity był twardą blachą i pomalowany błękitną farbą olejną. By przypominał niebo, pomysł don Manuela Viskozy nieskomentowany przez nikogo. Błękitna i śliska niegdyś powłoka zmatowiała pamięcią setek posiłków. Don Manuel odruchowo szukał chmur. Nie wytropiwszy interesującego zacieku, wbił wzrok w nic szczególnego. Zaczęło pachnieć mokrym asfaltem. Alicja Benedykta Brzoza odrzuciła lekko włosy. Spojrzała w lewo. Zaczyna się – pomyślała bezwiednie. Na lewo była ściana bez zegara. Alicja rozmarzyła się. Dobra ściana na letnie popołudnie. Biała, jasna. Pasuje na długą opowieść. Porządną. Piękną i smutną. Koniecznie dramatyczną. Jak zwykle zresztą…
Subskrybuj:
Posty (Atom)


