poniedziałek, 24 października 2011

Głośna swego czasu sprawa, a chodziło o zmutowane wozy kempingowe, takie zwykłe przyczepy lakierowane na biało budy. A wszystko przez sandwiche, zwykłe kanapki. A było to tak: użytkownicy wozów, turyści przeważnie, upychali niedojedzone kanapki w zakamarkach pojazdów. Z lenistwa, niechlujstwa, z przeświadczenia, iż to działanie luzackie, niesztampowe oraz niezwykle dowcipne. Dowcipny niechluj znany turystyce typ wybitego z rytmu pracownika wielkiej korporacji powołał do życia – Zemstę Manitou. Tak nazwano to zjawisko. Niezwykłe, co może zrobić zwykły Sandwich?! Zwykły sandwich z chlorku winylu ze standardowym wypełniaczem - piętnastotlenkiem glazu o sztywnych, musztardowych krawędziach, polany trójkwaskiem drapiny i aromatyzowany potem Makaka. Najzwyklejsza przekąska. Najpopularniejsza kanapka północnej półkuli, i to właśnie ona, ta banalna buła zamieniła przyczepy kempingowe… w Indian. Rozwój ma swoją cenę. Specyficzny konglomerat chemikaliów nazywany sandwiczem, wpychany przez lata niezmordowanymi rękami turystów w zakamarki metalowych ciał, tchnął ducha prerii w martwe wydawałoby się pojazdy! Prawie tchnął, bo pewnej nocy nadciągnęła burza. Burza z piorunami. Pioruny waliły wściekle w nagą ziemię, skały, w stado martwych jeszcze blaszaków. I nagle! Wozy kempingowe ożyły! Wszystkie na raz! Prąd popłynął przez sfermentowane ciałka sandwiczów. Roziskrzyły się tlenki, zabulgotały drapiny, roześmiały siarczany. Alchemia życia obudziła zimny metal. Czar zaczął działać. Wozy po raz pierwszy otworzyły okna, jak zaczarowane patrzyły w noc, w niebo, w deszcz. Cicho skrzypiały blachy, pod strugami deszczu jak końska skóra marszczyła się lekko biała karoseria. Zaciekawione przyczepy wysuwały zderzaki pod wiatr… węszyły. Trochę to wszystko trwało, to dziwne nasłuchiwanie ciszy długie i uważne jak modlitwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz