poniedziałek, 13 lutego 2012

Alicja znieruchomiała. Spojrzała zdziwiona na flaminga. Na różowej, ptasiej twarzy malował się głęboki smutek. Smutek wpadał miejscami w rozpacz. Rozpacz wpadała w oliwkową zieleń. Zieleń przechodziła w czerń winorośli by na nowo zderzyć się z angielskim różem rozświetlonym ołowiową bielą. Piękne zestawienie. Gdy urodziłeś się różowy nie masz wyjścia, musisz dbać o zestawienia kolorystyczne w każdej sytuacji. Takie są oczekiwania społeczne, stereotyp ptaka - eleganta. Może, dlatego flamingi tak często kończą w show- biznesie? Czy ja wiem?
      Ścierka wypadła z rąk Alicji Benedykty Brzozy.
      ― Tak mi przykro ― wyszeptała.
      ― Niedobre miejsce dla estety ― dodała wolno bardziej do siebie.
      ― Młot Thora & Obcęgi Freji ― tak się nazywa centrum ― wymamrotał flaming.
      ― Będę hostessą ― rozpłakał się nagle jak zwykła kura domowa. Coś jakby pękło. Małe, błotne gluciki spływały flamingowi po twarzy, dziobie i piersiach. Żałosny Ryszard. Alicja rozejrzała się bezradnie. Otwarte drzwi szafy leciutko skrzypiały. Żółta mgła wisiała pasmami, rzeka kotłowała brunatny nurt, zieleń świeża a flaming szlochał. Szlochał. Lekko mówiąc - szlochał. Ryczał jak dziecko. I to jak ludzkie dziecko. Ryk był doprawdy nieludzki!
       Co robić? No, co? Nie wiem. Może nic. Tak czasem jest dobrze. Lepiej potrzymać za rękę, to znaczy za pazur. Zerknęła na ptaka. Albo nie... Alicja potarła palcami czoło.
       Ale tłuste, hmm, światła nie zgasiłam, trzeba zamknąć drzwi, krzesło się wyziębi a muszę dziś jeszcze posiedzieć, raport napisać, o miłości pomyśleć, bieżnik wytrzepać, kiedy ja właściwie pastowałam kozaki? Potrzebuję rozrywki - myślała Alicja wydłubując błoto ze ścierki, chyba ktoś stoi na drugim brzegu? Hmm… pewnie gdybym była ruda, byłoby inaczej? Na pewno, wszystko ma swoje znaczenie. Kap, kap, kap, kap, myśl za myślą stukały w czaszkę Alicji. Waliły w kość. Drążyły studnie. Byle się wydostać. Na powietrze, na swobodę. Bo myśli jak to myśli - lubią fruwać. Myślące latawice miały główki nie od parady. Znalazły wyjście. A jakże! Od wieków go przecież używały. Spryciary wypłynęły przez dziurki od nosa. Głębokie myśli lewą dziurką, a płytkie prawą. Dobrze słyszycie. Wypłynęły w postaci pospolitych smarków.
        Smarki to zmaterializowane myśli, i jako takie źle kończą. Zasuszone w pomiętych higienicznych chusteczkach, bynajmniej nie jak drogie sercu róże, lecz jak maziste, glutowate paskudztwo - galopują przywarte do białych, papierowych rumaków w ostatnią podróż, na śmietnik do krainy rozkładu. Czyż nie ładnie o nich mówię? Ładnie. Dziękuję. Ależ nie ma, za co. Wracając do rzeczowej, chłodnej narracji…
       Alicja wysmarkała wszystkie głupie myśli. Mądre zresztą też. W głowie miała pustkę. Prawie pustkę. Na dnie kształtnego Alicjowego mózgu, siedziała po turecku mała myśl. Indiańska z urody, skupiona i genialna. Myśl zaświtała, drgnęła i poskoczyła. Wzięła zamach i z całej siły walnęła Alicję tomahawkiem w czoło.
       ― Chcesz pokrywkę od cukiernicy! ― wrzasnęła olśniona Alicja. Wrzasnęła i uśmiechnęła się zdziwiona własnym genialnym pomysłem.
      ― Tę zieloną? ― odparł zadziwiająco szybko i trzeźwo flaming.
         ― No tak ― odpowiedziała Alicja i odetchnęła z ulgą. Znała słabość flaminga do gustownych ozdób, szczególnie do zielonej cukiernicy. Jeszcze mu oczy nie obeschły, jeszcze małe jeziorka błyszczały na różowych oczkach, gdy z uśmiechem na dziobie i pokrywką od cukiernicy na głowie, odchodził w siną dal.
      ― Napisz! ― Krzyknęła Alicja
      ― Dobrze! ― A ty się przygotuj! ― Zaraz będą! ― Ledwo słyszalny głos ptaka tonął we mgle. Gdzieś daleko.  

czwartek, 26 stycznia 2012

Szczęście don Manuela opisać jest równie trudno jak jego samego. Zwłaszcza, że jak każdy wie szczęście nie jedno ma imię w przeciwieństwie do kija, który imienia nie ma w ogóle, ale za to ma dwa końce, a samotny kij tym bardziej jest jak igła w stogu siana, sam jak palec. Tak, więc sprawa się komplikuje. Jedno jest pewne, szczęście Portugalczyka było wielkie i niebezpieczne. Wręcz zabójcze. Do rana ¼ Laotańczyków (nie wliczając turystów) zmarła z powodu uduszenia. Rząd wysłał na ulice wojsko i śmieciarki w celu zaprowadzenia porządku. Na terenie kraju ogłoszono najwyższy stan zagrożenia epidemiologicznego, zarządzono kwarantannę. Histeria ogarnęła tłumy. Zaczęły się rozruchy. Sytuacja stała się bardzo groźna. I gdyby pewien flaming nie zapukał dziobem w szafę, życie mieszkańców południowo – wschodniej Azji stanęłoby pod znakiem zapytania.

A było to tak. Ratunek przyszedł z dżungli i to w ostatniej chwili. Tonący we łzach don Manuel nie zauważał mijających godzin. Nie miał pojęcia o swej niszczycielskiej sile. Nic nie widział. Nic nie słyszał. Nic oprócz szafy. Głuchy na krzyki rozpaczy tego świata a dokładnie maleńkiej jego części Laosu. Portugalski niszczyciel światów wpadł w trans. W wielkie zapomnienie. Wielkie zapatrzenie. Światy spływały po nim jak po kaczce i wpadały do rzeki. Don Manuel odleciał.

I kiedy już prawie oszalał. Właśnie wtedy. Nagle. Od czarnej ściany dżungli oderwała się jaskrawa plamka. Okazały, zjawiskowy flaming. Różowy i ładny jak rokokowy markiz szedł sprężystym, lekkim krokiem w kierunku rzeki. Kroczył dostojnie wyżynając się wściekłym różem na znieruchomiałym, ciemnym pejzażu. Czasami przystawał, przekrzywiał głowę jakby nasłuchując i szedł dalej jak gdyby nigdy nic. Dotarł do brzegu, podszedł do szafy i elegancko zastukał dziobem w drzwi. Don Manuel natychmiast przestał płakać. Wyciągnął chudą szyję. 
         Drzwi szafy, otworzywszy się z trzaskiem walnęły flaminga w piękną, stylową pierś. Różowy markiz wyleciał jak z procy i przeleciawszy ładnych parę metrów, zarył w błotnisty brzeg rzeki.
          ― Cholera jasna! ― Zmełł w dziobie przekleństwo wściekły ptak. Zmełł i wypluł.
          ― Znów byłam nieuważna! W otwartych drzwiach stała młoda kobieta w białych kozakach. Zakrywała prawą dłonią usta. Lewą przyciskała prawą do ust. Wytrzeszczone oczy, przerażenie na twarzy, sweter na guziki. Wyglądała nieładnie.
          ― Nic ci nie jest?! ― Wybacz Ryszardzie! ― Zaraz przyniosę ścierkę! Alicja zniknęła w czeluściach szafy.
          ― Zaskoczyłeś mnie!
          Jak zwykle, pomyślał flaming wpatrując się w niebo. Leżał na wznak zatopiony do połowy w żółtawym błocie. Jego długie, ciemnoróżowe nóżki wyglądały jeszcze smutniej niż szafa. Rozrzucone w nieładzie na powierzchni błota, jak gałązki wiśni, pomyślała Alicja wycierając ścierką lewy pazur flaminga Ryszarda, a głośno dodała:
          ― Wyprzystojniałeś Ryszardzie. Flaming Ryszard uniósł z wysiłkiem głowę, później plecy przytwierdzone do głowy. Podparł się na pierzastych łokciach.
         ― Przenoszą mnie ― powiedział ponuro nie patrząc na Alicję ― do Sztokholmu ― do centrum rozrywki.






sobota, 31 grudnia 2011


Śliczna samica z jabłkiem w dłoni i piękny samiec z czereśniami nasadzonymi na uszy, a między nimi potwór szczerzący kły. W pięknym ogrodzie, pod drzewem z dziwnymi znakami. Zapewne z zaklęciami demona i jego sprośnym, obelżywym portretem. Sprawa była prosta. Płaski obiekt przedstawiał prarodziców i monstrum. Pierwsza interpretacja była surowa i prosta - potwór zeżarł prarodziców. Potem wersję rozbudowano. Nabrała więcej finezji. Potwór ich omamił i rozdzielił. Poczęstował jabłkami. Skusił czereśniami. Dostali niestrawności i umarli w mękach. Ludzie ciągle ewoluowali. Talent pisarski rósł wraz z frustracją. Pojawili się kapłani. Jeden z nich, obity sandałem przez partnera, wściekły i dość oświecony, zapragnął zemsty. Dostało się matce, psu i Księdze Stworzenia.
         A wynikło z tego, co następuje: Potwór zeżarł wszystko i zakochał się w Adamie. By pozbyć się konkurentki podarował Ewie jabłko. W rzeczywistości bombę głębinową o wielkiej sile rażenia. Po upewnieniu się, że Ewa schowała owoc do torebki, ulotnił się z odurzonym Adamem w szponach i ze strasznym śmiechem na wstrętnych ustach. Nastąpiła potężna eksplozja. Jabłko wybuchło. Erupcja zniszczyła cudowny ogród. Mówiąc językiem młodzieżowym, nasza pramatka wypieprzyła w powietrze Raj wraz z sobą i praojcem. Cudowny ogród wcięło. Zostało, co zostało. Syf i beznadzieja. A wszystko to przez bezmyślną kobietę. Złą kobietę. Służkę demona. Studnię nieczystości. Korytko upodlenia. Pudełko szlamu. Szklankę rozpaczy – Ewę.
          Aaach! I to się sprzedawało najlepiej. Ta wersja zrobiła zawrotną karierę. Dramatyczna, z elementami horroru, kryminału i groteski. Zdecydowanie najlepiej dopracowana wersja. Królowała na Ziemi przez tysiąclecia, wpędzając rodzaj męski w obłęd i predyspozycję do okaleczania wszystkiego, co się da. Natomiast rodzaj kobiecy obdarzyła kompleksem niższości i niezachwianą wiarą we własną głupotę i niemoc.
          Wykwalifikowani Wizjonerzy Nowej Ziemi, w prosty i przystępny sposób zdemaskowali prastary mit o Adamie i Ewie. Powyższą historię zna każde dziecko na Ziemi. Stare kłamstwa stały się historią. Czarną kartą w dziejach ludzi. Prawda wyszła na jaw. Czarno na białym. Punkt po punkcie. Nowa Ludzkość wymazała poczucie winy. Mityczni prarodzice okazali się pogodni, średnio - wykwalifikowani i wolni, czyli bliscy sercu każdego człowieka. Nowi Ludzie szybko pokochali nowego Adama i nową Ewę. Nowe Dzieci z ochotą zaczęły naśladować nowych prarodziców. Wszystko się zmieniło. Świat odetchnął i rzucił się w wir poznania i zabawy. Każdy rzucał się jak umiał. Don Manuel nie umiał. Nigdy nie umiał. Zawsze i wszędzie musi się znaleźć jakiś niedostosowany osobnik.
          Nad oceanem wpatrzonym w małe Aveiro, wiatr rzucał ciałami mew. Szarpał skałami sterczącymi jak kamienne noże. Tarmosił chude kolana małego don Manuela zupełnie podobne do przybrzeżnych skał, czasami białe, nigdy tłuste pasowały do czerwonych plaż. Czasem cichł wiatr, czasem zaklekotał kamień o kamień, a czasami spadła rybitwa. Zwalała się z nieba bezgłośnie waląc w plażę lub skały. Wiele białych ciałek oblepiało wybrzeże don Manuelowego dzieciństwa. Szkoda ptaków. Smutno patrzeć, gdy spada ptak. Mimo, że z utwardzonej żelatyny i na baterie, to przecież jednak ptak zupełnie do ptaka podobny. Rybitwy wyposażone w śmigiełka malowane przez matkę don Manuela, żyły około miesiąca. Pogruchotane, strzaskane zbierał jej syn. Z ptasich wraków powstawały niezliczone wersje kosmicznych kontenerowców i aborygeńskich żyrandoli - dzieło talentu i cierpliwości małego don Manuela Viskozy. Tak to wyglądało w czasach jego dzieciństwa. Dawno temu, gdy czerwone ziarna piachu wygrzewały się na pustych plażach. Pustych i pięknych. Pięknych, bo pustych.
         Don Manuel Viskoza, oprócz krawata (zakończonego w szpic) nie miał w sobie nic ostrego. Kupił go w południowym Laosie razem z pudełkiem kredek świecowych. Ani jedna, ani druga rzecz nie były mu potrzebne. Kupił, bo kupił. Czasem trzeba gdzieś jechać i coś kupić. Tak po prostu, no wiecie, by było jakoś fajniej, do przodu. Laos, za czasów don Manuela był 
znanym zagłębiem kredkowym. W prowincji Zyg Zak Pong, gdzie puls życia wyznaczają słowa prastarego przysłowia – wszystkie marzenia są jak kredki, nawet te różowe w końcu porwie żółty nurt Mekongu, don Manuel zrobił coś niezwykłego. Zaśmiał się. Stojąc nad wielką rzeką, wyprostowany, zaczarowany wściekłością kotłującego nurtu, zapomniał o kredkach, krawacie i Laosie. Patrzył. Patrzył. Patrzył jak zaklęty. I na co tak patrzył?
          Po drugiej stronie Mekongu, na ciemnozielonej trawie stała duża, dwudrzwiowa szafa w stylu kolonialnym. Nad brzegiem rzeki na samym skraju zielonej płachty, wilgotnej, wysokiej po kolana trawy świeciła brązem na soczystej zieleni. W tle, ściana syntetycznej dżungli stała sztywno jak parawan z czarnej krepy. A poza tym było pusto, gorąco, nieporuszenie. Tylko coś wysokiego, rozczapierzonego u góry, jakby krzyż, wyrastało z ziemi kilkanaście metrów za plecami szafy. Było jednak zbyt daleko, zbyt mglisto i parnie, by przyjrzeć się dokładniej. Ni przypiął, ni przyłatał - pomyślał rozradowany don Manuel. Szafa, chociaż ładna, wyglądała tak głupio i niedorzecznie. Samotna, wypatrująca przeciwległego brzegu poprzez żółte rzeczne opary, trochę przekrzywiona, niewydarzona, chociaż pięknie rzeźbiona w słonie i łodygi indyjskiego grochu. Don Manuel zaśmiał się. Zaśmiał się po raz pierwszy w życiu, nareszcie zobaczył coś równie smutnego i nieadekwatnego jak on sam. Don Manuel śmiał się i śmiał a łzy radości spływały po jego długiej, portugalskiej twarzy. Scena jak z filmu. Z łzawego melodramatu. Podaję obsadę:
         Kochanka – szafa.
         Tło historyczne – błotniste brzegi Mekongu.
         Siła destrukcyjna – kobieta w białych kozakach.
         Rozstanie, cierpienie, dużo trupów. Klasyka. Typowe. A jakie ma niby być? Don Manuel to przecież typowy dziwak. Pospolity oryginał. Chudy jak tyczka. Samotny nad brzegiem Mekongu z pudełkiem kredek przy duszy, płaczący ze szczęścia na widok kolonialnej szafy z czerwonego palisandru. No i klops Stało się. Już po 15 minutach zapach mokrego asfaltu zawisł nad rzeką, rozprzestrzenił się nad pobliską dżunglę, popłynął nad ocean, w głąb lądu. Do godziny 22, potężne ulewy przewalały się już przez cały kraj, a smrodem mokrego asfaltu krztusili się Laotańczycy od prowincji Attapu na południu, po Phongsali na północy.

piątek, 23 grudnia 2011





Prawdziwa historia Adama i Ewy.
 
Ewa była biologiem - Szatniarką na Ponde. Średnio - zaawansowanej cywilizacyjnie planecie w konstelacji Klamki. A co ważniejsze, miłośniczką dobrej kuchni, a zwłaszcza zapraw, dokładnie dżemów. Lubiła swoją pracę. W azbestowych flakonach, modyfikowała, klonowała i rozmnażała bakterie wielkości ziemskich agrafek – Szatnie. Drobnoustroje, po uzyskaniu dojrzałości wypuszczała na wolność. Szatnie szybko rozprzestrzeniały się po całej Ponde. Żerując na materiałach wskazujących na zużycie 3 stopnia, przyczyniały się do naturalnej utylizacji starej pościeli, kombinezonów, obuwia, wycieraczek, sztucznych kwiatów, itp… Czyli artykułów pierwszej potrzeby każdego Pondyjczyka. Taką właśnie miała Ewa pracę. Zajęcie może niezbyt widowiskowe, ale za to bardzo potrzebne. Była kobietą człekokształtną, wesołą i ciekawą świata. Wersja ogólna. Ewa była fajna. Wersja dla młodzieży. Skórę miała wielobarwną, czyli była po prostu łaciata. Wersja dla rasistowskich niedobitków. Lepiej dmuchać na zimne, bo lepszy szron niż niepotrzebne zużycie działek plazmowych. Albo czegoś innego. Nieistotne w tym momencie. Poza tym…
       Ewa lubiła zwierzęta, dżemy i podróże. Miała węża Eryka i oswojoną szatnię Halinę. W czasie urlopu podróżowała po całej galaktyce dwusilnikowym czerwonym Starem, szukając egzotycznych owoców na zaprawy. Podróżowała z Erykiem i zaprzyjaźnionym prezenterem telewizyjnym z kanału 53 - Adamem. Szatnia niestety wyżerała jej ścierki pokładowe, więc zostawała w domu. Kiedyś, nasza trójka zapędziła się w pewien odległy układ słoneczny. Leżący na uboczu ubocza. Ukryty w kosmicznych chaszczach niepozorny zbiór planet. Na małej wodnej planecie znaleźli ogród. Bardzo przyjemny, ładnie wygrabiony z pięknymi owocującymi drzewami. Nazrywali ich mnóstwo do pondyjskich wiader, a potem zmęczeni, ale szczęśliwi odpoczywali pod drzewami. Eryk, wielki łasuch i śpioch, tak samo leniwy jak długi, wyżerał ukradkiem z wiadra, co słodsze jabłka, następnie zaszywał się gdzieś cichcem w ogrodzie i owinięty na jakiejś gałęzi chrapał snem kamienia. Miła to była podróż i pełna radości. Zwyczajnie owocna. Przed odlotem, Ewa, Adam i Eryk zrobili sobie pamiątkowe zdjęcie pod jabłonią. Kiedy aparat krzyknął – uśmiech! Wszyscy uśmiechnęli się szeroko. Najszerzej Eryk, owinięty wokół pnia między Adamem i Ewą. Nawiasem mówiąc, Eryk uwielbiał pozować do zdjęć. Wiedział spryciarz, że ma śliczne rzęsy i uroczy puszek na skroniach, nie wspominając już o wspaniałych, barwnych tatuażach na całym ciele. Za pomocą pinezki, Adam przypiął fotografię do pnia jabłoni. Patrzyli na nią przez moment. Wszyscy troje. W milczeniu. Po chwili Ewa odpięła zdjęcie i w matczynym odruchu ubrała je w foliową koszulkę. Przypięła ponownie do pnia i zmrużyła oczy. Ocena wypadła pomyślnie. Wyszli ładnie. Jeszcze tylko wycięli nożykiem inicjały E + A + E. Każdy swój w korze drzewa. Eryk rył najdłużej, ponieważ nie miał rąk. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Mieli czas, a poza tym, wąż był pupilem naszej pary i mógł sobie ryć ile chce. Pod 
inicjałami pojawiło się następnie - TU BYLIŚMY, a na koniec u dołu, tak dla śmiechu – SŁONECZNY PATROL, i trochę na lewo – SZUKAJ NAS W KLAMCE. Oryginalne ryty ozdobiła na koniec uśmiechnięta koślawa buźka z wywalonym jęzorem. Dodziargana przez Eryka figlarza przypieczętowała los rodzaju ludzkiego. No i tak. Pośmiali się, pośmiali i odlecieli. Pod wieczór, z wiadrami pełnymi gruszek, śliwek i jabłek. Z czasem, znajomi naszej pary zaczęli przylatywać na Ziemię na urlopy i pikniki. Niektórzy zostawali. Osiedlali się na Ziemi. Niesnaski i wrogość zaczęły się po kilku miesiącach. Poszło o miejsce do grillowania. Doszło do rękoczynów. Kolonizatorzy pozrywali kontakty. Rozleźli się po całej Ziemi szukając każdy własnego miejsca. Z czasem zdziczeli. Popadli we wtórny analfabetyzm i głębokie zapomnienie. Porośli sierścią a ich głównymi zajęciami stało się iskanie i rozmnażanie. 400000 lat później pewnej środy, nasi przodkowie tarzając się wesoło w bagnie odnaleźli zagadkowy obiekt. Uznali go za znak od bogów. Umyli i obsadzili w krowie łajno, najtrwalszy ówcześnie materiał zdobniczy...

sobota, 17 grudnia 2011


           Magiczne pustkowia don Manuela mają tylko jedno miejsce siedzące. W samym środku nieskończonej przestrzeni stoi brązowe krzesło. Tron don Manuela Viskozy i jego miejsce we wszechświecie. Miejsce siedzenia i patrzenia. Profesjonalne stanowisko Superczekacza. Matka byłaby z niego dumna. Nie z syna, tylko z krzesła oczywiście. Własnoręcznie przemalowała je brązową farbą. Najweselszym kolorem Aveiros, by dobrze trzymało się podłogi. Ojciec don Manuela był bardziej praktyczny, możliwe, iż z tego powodu umarł wcześnie. Rano, przy śniadaniu z zagadkowym stwierdzeniem na ustach. Lubię opowiadać o don Manuelu. Mogę to robić swobodnie, bo zupełnie go nie znam. Nic a nic. Nigdy go nie widziałam. Wiecie jak to jest. Gdy się kogoś dobrze pozna, wielu rzeczy już mówić nie można. A jak kogoś nie znasz, to pełna swoboda. Widzisz i mówisz. Bez problemu. Żyć nie umierać. Znałam kiedyś Alicję Benedyktę Brzozę. Fakt ten ma znaczenie zasadnicze, ponieważ Alicja Benedykta Brzoza znała don Manuela Viskozę i wielu innych, których nie znam. Co tu jeszcze powiedzieć? Chyba już nic.
          Kamienny spokój don Manuela Viskozy nie był ani sztuczny, ani wyuczony, ani osiągnięty. Po prostu był. Urodził się z don Manuelem, tak jak don Manuel urodził się ze swojej matki.
Donia Glukoza Wazon de Rolka y Papy na Dach, nie pobłażała ani synowi, ani mężowi, ani zaciekom. Do końca życia obnosiła po mieście dobre zdrowie, kolorowe palce i niepokojąco piękne oczy morskiej krowy. I tym właśnie spojrzeniem, bystrym jak strumień słonecznego wiatru, wilgotnym jak skalne jaskinie, czarnym jak zawodzenie Głębinowych Gąbek, wypatrywała okno za oknem. Noc za nocą. Minutę po godzinie. Aż czas dosięgał dna. Dnie przesypiała na sofie. Staromodnej, stojącej pod wypatroszonym od dawna oknem. I tak też umarła. Z niedokończonym śmigłem w prawej śpiącej dłoni. Z pędzelkiem – zerówką, między palcami następnej dłoni. Na sofie. Tak jak lubiła, odeszła w stylu zabitej dechami studni. Dość pospolita śmierć w rodzie - de Rolka y Papy. Natomiast nocami, zamiast we śnie, zatapiała się w farbie. Duszą i ciałem. Rękami i nogami.
         Donia Glukoza malowała śmigła dla Rybitw Wąsatych. Całe życie poświęciła tej wąskiej specjalizacji. Nie znosiła partactwa i zacieków. Donia Glukoza Wazon osiągnęła mistrzostwo w swoim zawodzie, chociaż czasami dla odprężenia brała inne zlecenia: wyklepywanie żółwich skorup albo wyostrzanie fal za pomocą temperówki i niebieskiego atramentu. Jednym słowem a właściwie pięcioma, matka don Manuela uwielbiała malować i wyglądać przez okno. Tę drugą pasję przekazała milczącemu synowi. I nic więcej. W Aveiro niedużo potrzeba do życia. Słońce praży w każdy dzień tak samo. Jest bardzo ciepło. Niebo nadal ciemnoniebieskie. Jedzenie tanie a kombinezony bezpłatne. Srebrne, stylizowane na regionalne baskiny i basety, z godłem Aveiros na lewym ramieniu
skutecznie chronią przed nadmiernym odparowywaniem surowicy.
A don Manuelowi potrzeba jeszcze mniej niż skalnej jaszczurce z zielonej blachy. Jeszcze mniej niż waży kropelka zielonej tempery. Prawie nic. Niebezpiecznie mało. Gdyby potrzeby don Manuela spadły poniżej 10%, czekałoby go przymusowe szkolenie w Zakładzie Korygującym. Dlatego don Manuel zastosował podstęp godny siebie. Zaprenumerował żyrandol. Co miesiąc przynoszono i montowano mu nowy model oświetlenia górnego a w aktach Obywatela Nowej Ziemi pojawiała się stosowna adnotacja: Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka - Potrzeba (w formie luksusu) - wykonano.
          Czasy były ciężkie. Trzeba było ciągle gdzieś jeździć, czegoś chcieć i wyrażać radość tak, by była widoczna. Don Manuel, tak jak zresztą większość ludzi, przyzwyczaił się do przymusowych przesiedleń. Już nie zwracał uwagi na otoczenie. Tu czy tam. Wszędzie było podobnie. Co pięć lat zmieniał pracę i okna. Co pięć lat każdy obywatel Nowej Ziemi zmieniał pracę i okna. Co najmniej 1500 kilometrów powinno dzielić stare miejsce zamieszkania od nowego. Znakomity i cudownie prosty lek na nacjonalizm i nietolerancję. Lek zadziałał. Już po 300 latach nikogo już nie obchodziło skąd pochodzi i kogo ma nie lubić. Ludzie zapomnieli. Wymieszali się w nieustannym mieszaniu. Ogólny dobrobyt wzrósł, zadowolenie też. Degradacja środowiska naturalnego, jak donosiły dobrze poinformowane media, uległa specyficznemu przeobrażeniu. Tak jak przewidywano. Bez zaskoczenia. Wszystko pod kontrolą. Priorytetem stał się rozwój. Na biegunie północnym zapłonęło światło nadziei. Znicz w formie olbrzymiego tasaka, symbolizował odcięcie Nowego od Starego. Szło dobrze. Ale do zburzenia został jeszcze ostatni bastion Starej Ziemi. Wielki Mit. Elementarz niezliczonych pokoleń. Tu było najtrudniej. Mit miał wielu obrońców i miłośników. Najzatwardzialsi z nich, przykro to powiedzieć, ale niestety trzeba – zostali zutylizowani. Resztę
przekonano podstępem. Mądrym wybiegiem dla dobra nas wszystkich.
 

piątek, 9 grudnia 2011

         Asfaltowe ulewy występowały z cyklicznością tropikalnych monsunów. Mniej więcej raz na miesiąc, don Manuel dopadał jakąś kropkę, zaciek, paproch czy rysę i unicestwiał ją powodując gwałtowne ulewy.
         Alicja, Waleriusz, Istvan – znawcy lokalnych tropików, bez pośpiechu zakładali na twarze podniszczone, wymięte Antysmolaki z syntetycznej włóczki. Wszystko z senną wprawą. Bez ekscytacji. Rutynowo. Wręcz mechanicznie. Cóż robić. Trzeba przeczekać. Stół był długi, smród gryzący, a czasu w bród. Ulewa powoli mijała. Gdy don Manuel westchnął a następnie podrapał się w prawe kolano, pod sufitem zaświeciło słońce. Zygzak wreszcie zniknął wypatrzony do zera przez don Manuela. Portugalczyk potarł palcami czoło. Rozejrzał się. Naprzeciwko stołu, rozwalony na krześle, przysypiał Waleriusz Rozkoszny. Na prawo od śpiącego, Istvan Ukradek Zerka bawił się łyżką i wąsami. Dalej, u szczytu stołu, pochodząca znad małego zimnego morza, zamyślona Alicja Benedykta Brzoza gładziła mokry kosmyk włosów. Wszyscy mieli na twarzach maski, a nad głowami rozłożone parasole. Dziwolągi – pomyślał przez moment don Manuel. Ostatnie, wartkie strugi wody spływały ze stołu na podłogę.
           Don Manuel odruchowo odsunął się. Zupełnie jak kot. Nie lubił mokrych blatów. Zresztą, przypominał chudego kocura. Takiego o krótkiej sierści. Sierści nienadającej się do głaskania. Krótkiej i sztywnej. Niepachnącej starością. Pachnącej niczym. Kot samotnik. Samotnik bez powodu.Tak się mówi, tyle, że to nieprawda. Zawsze jest jakiś powód. Tylko trzeba go dociec. Nikt tego nie zrobił, ponieważ Don Manuel Viskoza nie był a ni ładny, ani dowcipny, ani do przodu. Był, jaki był, i zarabiał dobrze. Chudy, zadbany mężczyzna o twarzy jak drewno. Solidny człowiek. Portugalczyk, Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka - zwiędły drapieżnik z miasta Aveiro. Drapieżnik bardziej z wyglądu niż z upodobania, cierpliwie wydrapujący gęsi z papirusów wygrzebanych w piasku.
           Don Manuel mało jadał, ale za to często oddychał. Dla równowagi i zabicia czasu. Powietrza miał w sobie dużo, aż nadto. Sprężało się w nim jak w rowerowej dętce. Sprężało i rozkurczało tworząc wietrzne koryta. Don Manuelowe wiatry 
krążyły coraz szybciej i szybciej. Rosły, pęczniały by nabierając burzowych barw pognać z wyciem gdzie oczy poniosą. A oczy niosły żyłami. Cieniutkimi żyłkami i szerokimi arteriami. Wiatry wciskały się wszędzie. Śmigały beztrosko, no chyba, że napotykały zator żylny, kluskę cholesterolu lub zakrzep. Wtedy gwałtownie zawracały powodując nagłe łaskotki. Wiatry żylne nie robiły wrażenia na don Manuelu. Raz nawet myślał, że się zakochał, a to znowu ten wiatr. Ten hulający w żołądku, wzniecający truskawkowe tumany a potem jak zwykle zbijający się w maleńkie czerwone tornada, które przewalając się aortą na północ, szarpały po drodze słabowite płuca. A one lekkie i szare jak stare prześcieradła zaczynały wściekle łopotać w don Manuelowej klatce piersiowej, obijając boleśnie zaskoczone serce. W takich momentach, nie tak znowu rzadkich, don Manuel nieprzyzwoicie drżał, oczy mu błyszczały, i nawet coś podobnego do rumieńców oblepiało ptasie policzki. Nikomu nic nie mówił i uważał jeszcze bardziej. Szczególnie przy kobietach miał się na baczności:
          — To nie serce podeszło mi do gardła…
          — To wiatr podszedł do serca…
          — Gwałtowny i dziki…
          — Jak argentyńskie algi o zmierzchu…
          — Najdziksze ze wszystkich…
          — Żerujące na posągach św. Teodory…
          — Może pani słyszała?
          Słyszała czy nie, jak do tej pory żadna kobieta nie miała ochoty na dłuższą rozmowę z naszym Portugalczykiem. Nie nadawał się na randki, tym bardziej na wesołe biesiady. Cały don Manuel. Archaiczny jak jego nazwisko. Mało jadał. 7 Syntetycznych truskawek, popitych wapnem zaspokajało całodzienny don Manuelowy głód. Czasem wypijał małą miskę rosołu. Ot i wszystko. Za to nie ma na Ziemi takiej miski, w której pomieściłaby się cierpliwość don Manuela. Miał wielką cierpliwość. Całe morza cierpliwości. Ale nie takiej zwykłej, potrzebnej do wyczekania wielkiej wygranej czy następnej miłości swego życia. Nie o taką chodzi. W obu
przypadkach można się doczekać, a to dyskwalifikuje prawdziwą cierpliwość. Profesjonalna cierpliwość nie ma celu, tylko czeka i rośnie. A to już jest magia.

sobota, 3 grudnia 2011

Sterczące ze ściany błyskawice szybko obwisły, drżały jakąś minutę, po czym odpadły od ściany jak stary strup, po chwili najzwyczajniej w świecie zniknęły. Rozpłynęły się. Zraniona Elizabeth ocknęła się. Rozcierając dziurawy łokieć zerkała ukradkiem na wściekłą wizjonerkę, nagle, jakby podjęła nieodwołalną decyzję chrząknęła, wyprostowała się odgarnęła włosy i… powoli, jakby niechętnie podniosła prawą rękę. Alicję przebiega dreszcz. Nareszcie. Zaczyna się. Dzieje się. Coś się dzieje. Gorąca fala oblewa policzki wizjonerki. Nie zważając na niebezpieczeństwo groźnie wychyla się na krześle. Elizabeth drgnął wskazujący palec. Ten od prawej dłoni. Wolno, bardzo wolno, z powagą rozprostowywał się prostował i znów rozprostowywał w męczącą nieskończoność. Mijały godziny. W końcu palec wyprostował się z trzaskiem wskazując coś w oddali, policzki grzały nieznośnie i gniotły jak gorące kluchy, Alicja wytężyła wzrok, z dali z zamglonych gór coś się zbliżało coś szarożółtego płynęło w powietrzu szybko rosnąc w oczach, nie w oczach Alicji oczywiście, bo miała zdrowe oczy. To taka metafora, gdy chcesz powiedzieć, że coś rośnie w oczach, to tak mówisz.
             ― Herbatka o każdej porze! Cóż mi odpowiesz ludzki worze!? ― Zaszczebiotała torebka herbaty (reklamówka
Lintona z serii 12/C) kołysząc się zalotnie na wysokości twarzy Elizabeth.
             ― A sio! ― Machnęła ręką Elizabeth.
             ― Skosztuj naparu, zdychaj za staru ― kontynuowało najwidoczniej uszkodzone urządzenie, zręcznie unikając ciosu.
             ― Aach... Co za dziadostwo! ― Syknęła, zupełnie już rozczarowana Alicja. Wyprostowała się. Zaskrzypiało krzesło. Nikt nie zareagował. Istvan Ukradek Zerka bawił się nowymi wąsami. Waleriusz Rozkoszny drzemał, a don Manuel koncentrował się coraz bardziej. Rozejrzała się dyskretnie. Muszę to dopracować – zerknęła ponownie na ścienną wizję, albo nie, szkoda zachodu, może góry zwyczajnie mi nie leżą? Po co się czepiać gór? Myśl bardziej płasko no i więcej codzienności, szczegółów – notowała szybko w pamięci. No! Tak już lepiej! Alicja rozpogodziła się na tyle, by nie zasnąć.
            Ledwo przebrzmiała ostatnia myśl Alicji Benedykty Brzozy a już pierwsza kropla trzasnęła o blat. Wszyscy odruchowo spojrzeli na don Manuela. Niedobrze. Don Manuel był nieobecny bardziej niż zwykle. Kontemplował malutki, delikatny zygzak. Skoncentrowany do granic koncentracji rozwiązywał zagadkę kanciastego włosa. Włos zatopiony w błękitnej farbie tchnął melancholią bliską sercu każdego Portugalczyka. Portugalczyk Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka z oczami od urodzenia pachnącymi mokrym asfaltem, pochodził z wilgotnego świata syntetycznych alg i Rybitw Wąsatych. W herbie miał jasny gwint na ciemnym polu. Pole porośnięte okazałymi algami. W ojczyźnie don Manuela algi porastały dosłownie wszystko a sprzyjające promieniowanie pobliskiego liliowego lasu czyniło je podatnymi 
na robienie głupich kawałów. Wykonywały ich setki, tysiące bez ładu i składu przez co w końcu straciły szacunek i dobrą opinię. Zmartwione algi schły ze zgryzoty. Schły, szły, aż w końcu wszystkie uciekły. Tak to było. Później też bywało różnie. Don Manuel znany kiedyś, jako Wielki Kran, Kawaler Śpiącego Runa, niegdysiejszy Komandor na Karmazynowej Pokrywie zwanej też Dachem Świata Niefrasobliwych Węglowodanów co skończyło się źle o czym wie każde dziecko w Systemie Byczego Dzwonka. Stare dzieje. Dziś za towarzystwo służą Don Manuelowi - Waleriusz zwany Rozkosznym i Alicja Benedykta Brzoza rozmarzona dziewczyna o wiecznie szarych oczach i niespecjalnych specjalnościach. Alicja Benedykta Brzoza enigmatyczna jak białe drzewo, Syrena Okrętowa, niespełniona kocica, Licencjonowana Kieszonkowa Okiennica, Konserwatorka Zjełczałych Fontann aktualnie funkcjonariuszka straży miejskiej zatopiona w mundurze i niepewności patrolująca sektor 132 w tę i z powrotem. Był jeszcze Isztvan Ukradek Zerka roztargniony i nadpobudliwy Węgier nieustannie zmieniający wąsy, kurtki i biografię obecnie zatrudniony na stanowisku - Partacza Drugiego Stopnia w fabryce mokasynów. Czwórka przyjaciół mieszkała na ulicy Topolowej pod numerem 73.
            Za pierwszą kroplą nadleciały następne. Po chwili deszcz bębnił o błękitną blachę, o blat, Alicję, Waleriusza, Istvana i cukiernicę. Spływał po ścianie bez zegara po reszcie ścian po okiennych szybach. Zapach asfaltu przechodził powoli w gryzący, smolisty zaduch. Don Manuel zapadł w trans. Współlokatorzy powoli rozkładali podręczne parasole. Przypadłość Portugalczyka znali dobrze. Im bardziej się koncentrował tym więcej wydzielał asfaltowej wilgoci, wilgoci gęstniejącej z minuty na minutę, zbijającej się w krople, masywniejącej od wody i asfaltowych aromatów.