Alicja znieruchomiała. Spojrzała zdziwiona na flaminga. Na różowej, ptasiej twarzy malował się głęboki smutek. Smutek wpadał miejscami w rozpacz. Rozpacz wpadała w oliwkową zieleń. Zieleń przechodziła w czerń winorośli by na nowo zderzyć się z angielskim różem rozświetlonym ołowiową bielą. Piękne zestawienie. Gdy urodziłeś się różowy nie masz wyjścia, musisz dbać o zestawienia kolorystyczne w każdej sytuacji. Takie są oczekiwania społeczne, stereotyp ptaka - eleganta. Może, dlatego flamingi tak często kończą w show- biznesie? Czy ja wiem?
Ścierka wypadła z rąk Alicji Benedykty Brzozy.― Tak mi przykro ― wyszeptała.
― Niedobre miejsce dla estety ― dodała wolno bardziej do siebie.
― Młot Thora & Obcęgi Freji ― tak się nazywa centrum ― wymamrotał flaming.
― Będę hostessą ― rozpłakał się nagle jak zwykła kura domowa. Coś jakby pękło. Małe, błotne gluciki spływały flamingowi po twarzy, dziobie i piersiach. Żałosny Ryszard. Alicja rozejrzała się bezradnie. Otwarte drzwi szafy leciutko skrzypiały. Żółta mgła wisiała pasmami, rzeka kotłowała brunatny nurt, zieleń świeża a flaming szlochał. Szlochał. Lekko mówiąc - szlochał. Ryczał jak dziecko. I to jak ludzkie dziecko. Ryk był doprawdy nieludzki!
Co robić? No, co? Nie wiem. Może nic. Tak czasem jest dobrze. Lepiej potrzymać za rękę, to znaczy za pazur. Zerknęła na ptaka. Albo nie... Alicja potarła palcami czoło.
Ale tłuste, hmm, światła nie zgasiłam, trzeba zamknąć drzwi, krzesło się wyziębi a muszę dziś jeszcze posiedzieć, raport napisać, o miłości pomyśleć, bieżnik wytrzepać, kiedy ja właściwie pastowałam kozaki? Potrzebuję rozrywki - myślała Alicja wydłubując błoto ze ścierki, chyba ktoś stoi na drugim brzegu? Hmm… pewnie gdybym była ruda, byłoby inaczej? Na pewno, wszystko ma swoje znaczenie. Kap, kap, kap, kap, myśl za myślą stukały w czaszkę Alicji. Waliły w kość. Drążyły studnie. Byle się wydostać. Na powietrze, na swobodę. Bo myśli jak to myśli - lubią fruwać. Myślące latawice miały główki nie od parady. Znalazły wyjście. A jakże! Od wieków go przecież używały. Spryciary wypłynęły przez dziurki od nosa. Głębokie myśli lewą dziurką, a płytkie prawą. Dobrze słyszycie. Wypłynęły w postaci pospolitych smarków.
Smarki to zmaterializowane myśli, i jako takie źle kończą. Zasuszone w pomiętych higienicznych chusteczkach, bynajmniej nie jak drogie sercu róże, lecz jak maziste, glutowate paskudztwo - galopują przywarte do białych, papierowych rumaków w ostatnią podróż, na śmietnik do krainy rozkładu. Czyż nie ładnie o nich mówię? Ładnie. Dziękuję. Ależ nie ma, za co. Wracając do rzeczowej, chłodnej narracji…
Alicja wysmarkała wszystkie głupie myśli. Mądre zresztą też. W głowie miała pustkę. Prawie pustkę. Na dnie kształtnego Alicjowego mózgu, siedziała po turecku mała myśl. Indiańska z urody, skupiona i genialna. Myśl zaświtała, drgnęła i poskoczyła. Wzięła zamach i z całej siły walnęła Alicję tomahawkiem w czoło.
― Chcesz pokrywkę od cukiernicy! ― wrzasnęła olśniona Alicja. Wrzasnęła i uśmiechnęła się zdziwiona własnym genialnym pomysłem.
― Tę zieloną? ― odparł zadziwiająco szybko i trzeźwo flaming.
― No tak ― odpowiedziała Alicja i odetchnęła z ulgą. Znała słabość flaminga do gustownych ozdób, szczególnie do zielonej cukiernicy. Jeszcze mu oczy nie obeschły, jeszcze małe jeziorka błyszczały na różowych oczkach, gdy z uśmiechem na dziobie i pokrywką od cukiernicy na głowie, odchodził w siną dal.
― Napisz! ― Krzyknęła Alicja
― Dobrze! ― A ty się przygotuj! ― Zaraz będą! ― Ledwo słyszalny głos ptaka tonął we mgle. Gdzieś daleko.






