sobota, 3 grudnia 2011

Sterczące ze ściany błyskawice szybko obwisły, drżały jakąś minutę, po czym odpadły od ściany jak stary strup, po chwili najzwyczajniej w świecie zniknęły. Rozpłynęły się. Zraniona Elizabeth ocknęła się. Rozcierając dziurawy łokieć zerkała ukradkiem na wściekłą wizjonerkę, nagle, jakby podjęła nieodwołalną decyzję chrząknęła, wyprostowała się odgarnęła włosy i… powoli, jakby niechętnie podniosła prawą rękę. Alicję przebiega dreszcz. Nareszcie. Zaczyna się. Dzieje się. Coś się dzieje. Gorąca fala oblewa policzki wizjonerki. Nie zważając na niebezpieczeństwo groźnie wychyla się na krześle. Elizabeth drgnął wskazujący palec. Ten od prawej dłoni. Wolno, bardzo wolno, z powagą rozprostowywał się prostował i znów rozprostowywał w męczącą nieskończoność. Mijały godziny. W końcu palec wyprostował się z trzaskiem wskazując coś w oddali, policzki grzały nieznośnie i gniotły jak gorące kluchy, Alicja wytężyła wzrok, z dali z zamglonych gór coś się zbliżało coś szarożółtego płynęło w powietrzu szybko rosnąc w oczach, nie w oczach Alicji oczywiście, bo miała zdrowe oczy. To taka metafora, gdy chcesz powiedzieć, że coś rośnie w oczach, to tak mówisz.
             ― Herbatka o każdej porze! Cóż mi odpowiesz ludzki worze!? ― Zaszczebiotała torebka herbaty (reklamówka
Lintona z serii 12/C) kołysząc się zalotnie na wysokości twarzy Elizabeth.
             ― A sio! ― Machnęła ręką Elizabeth.
             ― Skosztuj naparu, zdychaj za staru ― kontynuowało najwidoczniej uszkodzone urządzenie, zręcznie unikając ciosu.
             ― Aach... Co za dziadostwo! ― Syknęła, zupełnie już rozczarowana Alicja. Wyprostowała się. Zaskrzypiało krzesło. Nikt nie zareagował. Istvan Ukradek Zerka bawił się nowymi wąsami. Waleriusz Rozkoszny drzemał, a don Manuel koncentrował się coraz bardziej. Rozejrzała się dyskretnie. Muszę to dopracować – zerknęła ponownie na ścienną wizję, albo nie, szkoda zachodu, może góry zwyczajnie mi nie leżą? Po co się czepiać gór? Myśl bardziej płasko no i więcej codzienności, szczegółów – notowała szybko w pamięci. No! Tak już lepiej! Alicja rozpogodziła się na tyle, by nie zasnąć.
            Ledwo przebrzmiała ostatnia myśl Alicji Benedykty Brzozy a już pierwsza kropla trzasnęła o blat. Wszyscy odruchowo spojrzeli na don Manuela. Niedobrze. Don Manuel był nieobecny bardziej niż zwykle. Kontemplował malutki, delikatny zygzak. Skoncentrowany do granic koncentracji rozwiązywał zagadkę kanciastego włosa. Włos zatopiony w błękitnej farbie tchnął melancholią bliską sercu każdego Portugalczyka. Portugalczyk Don Manuel Viskoza y Rolka de Papy don Banderolka z oczami od urodzenia pachnącymi mokrym asfaltem, pochodził z wilgotnego świata syntetycznych alg i Rybitw Wąsatych. W herbie miał jasny gwint na ciemnym polu. Pole porośnięte okazałymi algami. W ojczyźnie don Manuela algi porastały dosłownie wszystko a sprzyjające promieniowanie pobliskiego liliowego lasu czyniło je podatnymi 
na robienie głupich kawałów. Wykonywały ich setki, tysiące bez ładu i składu przez co w końcu straciły szacunek i dobrą opinię. Zmartwione algi schły ze zgryzoty. Schły, szły, aż w końcu wszystkie uciekły. Tak to było. Później też bywało różnie. Don Manuel znany kiedyś, jako Wielki Kran, Kawaler Śpiącego Runa, niegdysiejszy Komandor na Karmazynowej Pokrywie zwanej też Dachem Świata Niefrasobliwych Węglowodanów co skończyło się źle o czym wie każde dziecko w Systemie Byczego Dzwonka. Stare dzieje. Dziś za towarzystwo służą Don Manuelowi - Waleriusz zwany Rozkosznym i Alicja Benedykta Brzoza rozmarzona dziewczyna o wiecznie szarych oczach i niespecjalnych specjalnościach. Alicja Benedykta Brzoza enigmatyczna jak białe drzewo, Syrena Okrętowa, niespełniona kocica, Licencjonowana Kieszonkowa Okiennica, Konserwatorka Zjełczałych Fontann aktualnie funkcjonariuszka straży miejskiej zatopiona w mundurze i niepewności patrolująca sektor 132 w tę i z powrotem. Był jeszcze Isztvan Ukradek Zerka roztargniony i nadpobudliwy Węgier nieustannie zmieniający wąsy, kurtki i biografię obecnie zatrudniony na stanowisku - Partacza Drugiego Stopnia w fabryce mokasynów. Czwórka przyjaciół mieszkała na ulicy Topolowej pod numerem 73.
            Za pierwszą kroplą nadleciały następne. Po chwili deszcz bębnił o błękitną blachę, o blat, Alicję, Waleriusza, Istvana i cukiernicę. Spływał po ścianie bez zegara po reszcie ścian po okiennych szybach. Zapach asfaltu przechodził powoli w gryzący, smolisty zaduch. Don Manuel zapadł w trans. Współlokatorzy powoli rozkładali podręczne parasole. Przypadłość Portugalczyka znali dobrze. Im bardziej się koncentrował tym więcej wydzielał asfaltowej wilgoci, wilgoci gęstniejącej z minuty na minutę, zbijającej się w krople, masywniejącej od wody i asfaltowych aromatów.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz