sobota, 5 listopada 2011

Deszcz ustał. Przyczepy jakby się ocknęły. Pozamykały spokojnie drzwi, wyłączyły światła i runęły przed siebie gęstym, zbitym stadem. Widok był imponujący, wręcz monumentalny. Wielcy, blaszani Indianie znikali w mroku waląc po szybach rozwianymi wycieraczkami… I odtąd, nikt ich nie widział.
       Wkrótce, przyczepy kempingowe zorganizowały się w szczepy, później plemiona. Zaczęły się malować, przyozdabiać dachy gałęziami, obwieszać okna girlandami kamyków. Nowa rasa czerwonolakiernych, szybko okrzepła. Przyczepy – Indianie grasowały po skansenach i parkach narodowych, z okropnym wyciem tańczyły wokół płonących szybów naftowych, napadały na Dyliżanse Meteorologiczne, polowały na tekturowe bizony, roznosiły w perzynę gipsowe forty z pięknymi generałami na koniach z termoutwardzalnej plasteliny. Tętent kół słychać było na kilometry ( przyczepy kempingowe pozdejmowały sobie opony) Zdjęci lękiem turyści przestali przyjeżdżać a rząd machnął ręką. Szkoda zachodu. Turystycznych atrakcji nie
brakuje przecież w układzie słonecznym. Nebraska opustoszała, całkowicie objęta we władanie przez plemię Kempingów. Wniosek. Jeżeli zwykła przyczepa kempingowa, zgrabna i nowoczesna, potrafi wywołać panikę wśród ludzi, to nie należy się dziwić sile stodoły? Starej przecież zmurszałej, koślawej i zwalistej. Wrażenie robiła upiorne. Stodoły siały więc postrach wśród graczy, tak jak piwonie wśród stodół. Duża ryba zjada małą, mała zjada dużą. Wniosek. Przysłowia, należy od czasu do czasu weryfikować. Tracą ważność w świecie, gdzie dół nie jest nawet górą, lecz częścią frytkownicy.
       Poturbowani, okaleczeni gracze popularnych ZAPAŁEK, nie byli rzadkością. Zabawa była jednak tak ekscytująca i dzika, tak porywająca, że przetrwała cały sezon. Tydzień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz