Alicja Benedykta Brzoza zrobiła to, co musiała. Wbiła wzrok w ścianę. A był zielony, śliczny, błyszczący, wypolerowany na glanc wewnętrzną Alicjową gorączką. Rozgrzany, rozogniony, wyrzucony z impetem na pola wyobraźni, stygł powoli jak powulkaniczny szmaragd. W końcu zastygł zupełnie. Stanął jak zepsuty zegarek. Ugrzązł w ciszy. Zielone źrenice Alicji zmieniły ogniskową, pociemniały jak denka od butelek. Alicja rozmarzyła się na dobre.
… Ze ściany, zaczęły wyłaniać się niebieskie zarysy. Dalekie, monumentalne góry zasnute różowymi mgłami. Alicja przechyliła głowę. Jak ładnie dziś idzie…
Na pierwszym planie wizji, na półce skalnej w niedbałej pozie stała Elizabeth w fioletowym kombinezonie z zieloną naszywką na prawym rękawie. Albo nie, w białym kombinezonie z żółtą naszywką na lewym rękawie. Tak lepiej. Zjawa Elizabeth patrzyła w dal. Zamyślona, niedostępna. Piękna i nieporuszona. Starożytna bogini wtopiona w ażurowy półcień, rzucany przez rosnące tuż obok drzewko wazelinowe zasłonięte do połowy przez ogromne, fioletowe liście Piwonii Olbrzymiej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz