Piwonia Olbrzymia, w jednym momencie wyparła prastary symbol Krakowa - drewnianego Kurda dosiadającego żeliwnego kuca. Według legendy, Kurd symbolizował bohaterskiego burmistrza Krakowa – Zygmunta zwanego Krakiem, który ponoć uratował miasto przed atakiem francuskich hord a uczynił to połykając trąbkę na stojąco, czym uniemożliwił barbarzyńcom podpalenie wodociągów. I jak to w pięknej legendzie, była i kobieta. Córka Zygmunta – Wanda, rzuciła się ze szczytu głównej stacji pomp, bo nie chciała inwestować w niemieckie maszyny rolnicze. Tak mówi legenda. Tak mówiła legenda. Nowa, nowiutka legenda głosi o bohaterskiej roślinie, poległej na środku krakowskiego rynku w walce o uśmiech, estetykę i rozwój. Krótko i nowocześnie.
A rola Alicji w tym taka, że skoro świt uprzątnęła zwłoki szufelką i wymyła klatkę. Była piwonia, nie ma piwonii, i już. Życie toczy się dalej. Alicja wyjechała wkrótce do Laosu objąć nową posadę. Wyjeżdżając, zupełnie nieświadomie zabrała ze sobą krakowskie wspomnienie. Na dobre i na złe. Stąd zapewne niespodziewane pojawienie się rośliny w naściennej wizji właśnie teraz po kilku latach.
No tak. Alicja poprawiła się na krześle. Zupełnie jak tamta – pomyślała zakładając nogę na nogę. Piwonia spod drzewka żarłocznie łypała w stronę Elizabeth.
― Zupełnie jak tamta ― wymamrotała pod nosem Alicja ― Jaka wielka! ― Nie nadaje się do wazonu.
― Oj nie!― zaśmiała się nagle w głos, i równie nagle zamilkła. Na plecach poczuła łaskotanie. Małe, krągłe kamyczki lekko naciskały na łopatki i kręgosłup. Nie musiała się nawet odwracać. Wiedziała, że patrzą. Że wbijają wzrok w jej plecy. Don Manuel, Istvan, Waleriusz, przez chwilę zdziwieni, szybko jednak odwrócili wzrok jak to mają w zwyczaju ludzie kulturalni lub zagubieni. A niech to! O czym ja myślę? – Wracaj do pracy! - pomyślała, i z nową siłą wbiła wzrok w ścianę.
Włosami Elizabeth poruszał lekki wiatr. Całej reszty nic nie ruszało. Włosami Elizabeth poruszał lekki wiatr. Włosami Elizabeth nadal poruszał lekki wiatr. I znów poruszał. I znów włosami. I znów wiatr. Rusz się w końcu! Tym razem, Alicja już groźnie wbijała wzrok w naścienną boginię.
― No już! ― Szepnęła zdesperowana. Włosami Elizabeth poruszał lekki wiatr. Całej reszty nic nie ruszało. Włosami Elizabeth poruszał lekki wiatr. Wiatr i wiatr…
― Sratr ― wyszeptała zimno marzycielka. Wydęła usta. Zmrużyła oczy. Wydęcie miało odcień brudnożółty a zmrużenie, aż niebieski. Alicjowe kolory zła. Głucho zadudniło. Wściekła Alicja chlusnęła niewidzialnym deszczem. Walnęła błyskawicami prosto w ścianę z wizją.
Pierwsza błyskawica przebiła Elizabeth łokieć, druga wbiła się w powietrze nad górami, a trzecia w damski but leżący pod drzewem. Tyle, że pod drzewem, wokół drzewa, czy za drzewem nie walał się żaden damski but. Żadnego buta jak okiem sięgnąć. Ale przysłowie przypomina i grzecznie prosi - sięgaj gdzie wzrok nie sięga. A gdzie nie sięga? Gdzie nie zajrzysz? But był oczywiście pod nosem! To proste! Tylko trochę pomyśleć. Był blisko, bliziutko. Butwiał w błocie, ukryty pod liściem Piwonii Olbrzymiej. Do kogo należał but i co robił pod piwonią? Tego nie wiadomo. Takich rzeczy nigdy nie wiadomo. I dobrze. Tajemnica zawsze intryguje, nawet wtedy, gdy jest głupia jak but.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz