sobota, 31 grudnia 2011


Śliczna samica z jabłkiem w dłoni i piękny samiec z czereśniami nasadzonymi na uszy, a między nimi potwór szczerzący kły. W pięknym ogrodzie, pod drzewem z dziwnymi znakami. Zapewne z zaklęciami demona i jego sprośnym, obelżywym portretem. Sprawa była prosta. Płaski obiekt przedstawiał prarodziców i monstrum. Pierwsza interpretacja była surowa i prosta - potwór zeżarł prarodziców. Potem wersję rozbudowano. Nabrała więcej finezji. Potwór ich omamił i rozdzielił. Poczęstował jabłkami. Skusił czereśniami. Dostali niestrawności i umarli w mękach. Ludzie ciągle ewoluowali. Talent pisarski rósł wraz z frustracją. Pojawili się kapłani. Jeden z nich, obity sandałem przez partnera, wściekły i dość oświecony, zapragnął zemsty. Dostało się matce, psu i Księdze Stworzenia.
         A wynikło z tego, co następuje: Potwór zeżarł wszystko i zakochał się w Adamie. By pozbyć się konkurentki podarował Ewie jabłko. W rzeczywistości bombę głębinową o wielkiej sile rażenia. Po upewnieniu się, że Ewa schowała owoc do torebki, ulotnił się z odurzonym Adamem w szponach i ze strasznym śmiechem na wstrętnych ustach. Nastąpiła potężna eksplozja. Jabłko wybuchło. Erupcja zniszczyła cudowny ogród. Mówiąc językiem młodzieżowym, nasza pramatka wypieprzyła w powietrze Raj wraz z sobą i praojcem. Cudowny ogród wcięło. Zostało, co zostało. Syf i beznadzieja. A wszystko to przez bezmyślną kobietę. Złą kobietę. Służkę demona. Studnię nieczystości. Korytko upodlenia. Pudełko szlamu. Szklankę rozpaczy – Ewę.
          Aaach! I to się sprzedawało najlepiej. Ta wersja zrobiła zawrotną karierę. Dramatyczna, z elementami horroru, kryminału i groteski. Zdecydowanie najlepiej dopracowana wersja. Królowała na Ziemi przez tysiąclecia, wpędzając rodzaj męski w obłęd i predyspozycję do okaleczania wszystkiego, co się da. Natomiast rodzaj kobiecy obdarzyła kompleksem niższości i niezachwianą wiarą we własną głupotę i niemoc.
          Wykwalifikowani Wizjonerzy Nowej Ziemi, w prosty i przystępny sposób zdemaskowali prastary mit o Adamie i Ewie. Powyższą historię zna każde dziecko na Ziemi. Stare kłamstwa stały się historią. Czarną kartą w dziejach ludzi. Prawda wyszła na jaw. Czarno na białym. Punkt po punkcie. Nowa Ludzkość wymazała poczucie winy. Mityczni prarodzice okazali się pogodni, średnio - wykwalifikowani i wolni, czyli bliscy sercu każdego człowieka. Nowi Ludzie szybko pokochali nowego Adama i nową Ewę. Nowe Dzieci z ochotą zaczęły naśladować nowych prarodziców. Wszystko się zmieniło. Świat odetchnął i rzucił się w wir poznania i zabawy. Każdy rzucał się jak umiał. Don Manuel nie umiał. Nigdy nie umiał. Zawsze i wszędzie musi się znaleźć jakiś niedostosowany osobnik.
          Nad oceanem wpatrzonym w małe Aveiro, wiatr rzucał ciałami mew. Szarpał skałami sterczącymi jak kamienne noże. Tarmosił chude kolana małego don Manuela zupełnie podobne do przybrzeżnych skał, czasami białe, nigdy tłuste pasowały do czerwonych plaż. Czasem cichł wiatr, czasem zaklekotał kamień o kamień, a czasami spadła rybitwa. Zwalała się z nieba bezgłośnie waląc w plażę lub skały. Wiele białych ciałek oblepiało wybrzeże don Manuelowego dzieciństwa. Szkoda ptaków. Smutno patrzeć, gdy spada ptak. Mimo, że z utwardzonej żelatyny i na baterie, to przecież jednak ptak zupełnie do ptaka podobny. Rybitwy wyposażone w śmigiełka malowane przez matkę don Manuela, żyły około miesiąca. Pogruchotane, strzaskane zbierał jej syn. Z ptasich wraków powstawały niezliczone wersje kosmicznych kontenerowców i aborygeńskich żyrandoli - dzieło talentu i cierpliwości małego don Manuela Viskozy. Tak to wyglądało w czasach jego dzieciństwa. Dawno temu, gdy czerwone ziarna piachu wygrzewały się na pustych plażach. Pustych i pięknych. Pięknych, bo pustych.
         Don Manuel Viskoza, oprócz krawata (zakończonego w szpic) nie miał w sobie nic ostrego. Kupił go w południowym Laosie razem z pudełkiem kredek świecowych. Ani jedna, ani druga rzecz nie były mu potrzebne. Kupił, bo kupił. Czasem trzeba gdzieś jechać i coś kupić. Tak po prostu, no wiecie, by było jakoś fajniej, do przodu. Laos, za czasów don Manuela był 
znanym zagłębiem kredkowym. W prowincji Zyg Zak Pong, gdzie puls życia wyznaczają słowa prastarego przysłowia – wszystkie marzenia są jak kredki, nawet te różowe w końcu porwie żółty nurt Mekongu, don Manuel zrobił coś niezwykłego. Zaśmiał się. Stojąc nad wielką rzeką, wyprostowany, zaczarowany wściekłością kotłującego nurtu, zapomniał o kredkach, krawacie i Laosie. Patrzył. Patrzył. Patrzył jak zaklęty. I na co tak patrzył?
          Po drugiej stronie Mekongu, na ciemnozielonej trawie stała duża, dwudrzwiowa szafa w stylu kolonialnym. Nad brzegiem rzeki na samym skraju zielonej płachty, wilgotnej, wysokiej po kolana trawy świeciła brązem na soczystej zieleni. W tle, ściana syntetycznej dżungli stała sztywno jak parawan z czarnej krepy. A poza tym było pusto, gorąco, nieporuszenie. Tylko coś wysokiego, rozczapierzonego u góry, jakby krzyż, wyrastało z ziemi kilkanaście metrów za plecami szafy. Było jednak zbyt daleko, zbyt mglisto i parnie, by przyjrzeć się dokładniej. Ni przypiął, ni przyłatał - pomyślał rozradowany don Manuel. Szafa, chociaż ładna, wyglądała tak głupio i niedorzecznie. Samotna, wypatrująca przeciwległego brzegu poprzez żółte rzeczne opary, trochę przekrzywiona, niewydarzona, chociaż pięknie rzeźbiona w słonie i łodygi indyjskiego grochu. Don Manuel zaśmiał się. Zaśmiał się po raz pierwszy w życiu, nareszcie zobaczył coś równie smutnego i nieadekwatnego jak on sam. Don Manuel śmiał się i śmiał a łzy radości spływały po jego długiej, portugalskiej twarzy. Scena jak z filmu. Z łzawego melodramatu. Podaję obsadę:
         Kochanka – szafa.
         Tło historyczne – błotniste brzegi Mekongu.
         Siła destrukcyjna – kobieta w białych kozakach.
         Rozstanie, cierpienie, dużo trupów. Klasyka. Typowe. A jakie ma niby być? Don Manuel to przecież typowy dziwak. Pospolity oryginał. Chudy jak tyczka. Samotny nad brzegiem Mekongu z pudełkiem kredek przy duszy, płaczący ze szczęścia na widok kolonialnej szafy z czerwonego palisandru. No i klops Stało się. Już po 15 minutach zapach mokrego asfaltu zawisł nad rzeką, rozprzestrzenił się nad pobliską dżunglę, popłynął nad ocean, w głąb lądu. Do godziny 22, potężne ulewy przewalały się już przez cały kraj, a smrodem mokrego asfaltu krztusili się Laotańczycy od prowincji Attapu na południu, po Phongsali na północy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz