piątek, 14 października 2011

Bezwstydnie wybujałej i nie mniej agresywnej byliny, wywodzącej swe korzenie z płytkich mołdawskich bagien, bezdennie samotnych, oblepionych chmarami tureckich komarów, każdy w maleńkim żółtym turbaniku na owadziej główce. Piwonie Olbrzymie cieszyły się złą sławą. Niezbyt fortunne stwierdzenie, bo w rzeczywistości nikt nie miał pojęcia, co naprawdę cieszyło lub smuciło mołdawskie piwonie. A one, najprawdopodobniej miały to wszystko głęboko gdzieś. Zupełnie możliwe, że w bagnie. W tym przycupniętym pod Stupaczem niedaleko Striptiny. Czarnym, cuchnącym oczku smrodnym podobnym do wbitego w ziemię - wielkiego talerza czarniny, i podobno będącym kolebką bandyckich bylin. Ale, to tylko domysły.
        Jedno jest pewne, Piwonie Olbrzymie to kwiaty odrażające, piękne i ciągle głodne. Gdzieś na przełomie lat 60-tych XXI wieku, po wyduszeniu okolicznych Zielonych Mokasynów ( wielce udanych modeli węży wykonanych ze sparciałych dętek rowerowych i zręcznie podmalowanych akwarelkami) rozsmakowały się w gajach oliwnych, i to tak zapamiętale, że przez 5 lat wyżarły wszystkie syntetyczne plantacje.
Klepisko jak okiem sięgnąć. Od Karpat po Lyon zryta korzeniami ziemia. A nasze kwiaty wciąż nienasycone. Piwonie szybko poszukały innych źródeł pożywienia, a mianowicie przerzuciły się na bułgarskie stodoły, a dokładniej na ich niedojedzonych przez Babracza Gąbczastego – podpalaczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz