Szczęście don Manuela opisać jest równie trudno jak jego samego. Zwłaszcza, że jak każdy wie szczęście nie jedno ma imię w przeciwieństwie do kija, który imienia nie ma w ogóle, ale za to ma dwa końce, a samotny kij tym bardziej jest jak igła w stogu siana, sam jak palec. Tak, więc sprawa się komplikuje. Jedno jest pewne, szczęście Portugalczyka było wielkie i niebezpieczne. Wręcz zabójcze. Do rana ¼ Laotańczyków (nie wliczając turystów) zmarła z powodu uduszenia. Rząd wysłał na ulice wojsko i śmieciarki w celu zaprowadzenia porządku. Na terenie kraju ogłoszono najwyższy stan zagrożenia epidemiologicznego, zarządzono kwarantannę. Histeria ogarnęła tłumy. Zaczęły się rozruchy. Sytuacja stała się bardzo groźna. I gdyby pewien flaming nie zapukał dziobem w szafę, życie mieszkańców południowo – wschodniej Azji stanęłoby pod znakiem zapytania.
A było to tak. Ratunek przyszedł z dżungli i to w ostatniej chwili. Tonący we łzach don Manuel nie zauważał mijających godzin. Nie miał pojęcia o swej niszczycielskiej sile. Nic nie widział. Nic nie słyszał. Nic oprócz szafy. Głuchy na krzyki rozpaczy tego świata a dokładnie maleńkiej jego części Laosu. Portugalski niszczyciel światów wpadł w trans. W wielkie zapomnienie. Wielkie zapatrzenie. Światy spływały po nim jak po kaczce i wpadały do rzeki. Don Manuel odleciał.
I kiedy już prawie oszalał. Właśnie wtedy. Nagle. Od czarnej ściany dżungli oderwała się jaskrawa plamka. Okazały, zjawiskowy flaming. Różowy i ładny jak rokokowy markiz szedł sprężystym, lekkim krokiem w kierunku rzeki. Kroczył dostojnie wyżynając się wściekłym różem na znieruchomiałym, ciemnym pejzażu. Czasami przystawał, przekrzywiał głowę jakby nasłuchując i szedł dalej jak gdyby nigdy nic. Dotarł do brzegu, podszedł do szafy i elegancko zastukał dziobem w drzwi. Don Manuel natychmiast przestał płakać. Wyciągnął chudą szyję.
Drzwi szafy, otworzywszy się z trzaskiem walnęły flaminga w piękną, stylową pierś. Różowy markiz wyleciał jak z procy i przeleciawszy ładnych parę metrów, zarył w błotnisty brzeg rzeki.
― Cholera jasna! ― Zmełł w dziobie przekleństwo wściekły ptak. Zmełł i wypluł.
― Znów byłam nieuważna! W otwartych drzwiach stała młoda kobieta w białych kozakach. Zakrywała prawą dłonią usta. Lewą przyciskała prawą do ust. Wytrzeszczone oczy, przerażenie na twarzy, sweter na guziki. Wyglądała nieładnie.
― Nic ci nie jest?! ― Wybacz Ryszardzie! ― Zaraz przyniosę ścierkę! Alicja zniknęła w czeluściach szafy.
― Zaskoczyłeś mnie!
Jak zwykle, pomyślał flaming wpatrując się w niebo. Leżał na wznak zatopiony do połowy w żółtawym błocie. Jego długie, ciemnoróżowe nóżki wyglądały jeszcze smutniej niż szafa. Rozrzucone w nieładzie na powierzchni błota, jak gałązki wiśni, pomyślała Alicja wycierając ścierką lewy pazur flaminga Ryszarda, a głośno dodała:
― Wyprzystojniałeś Ryszardzie. Flaming Ryszard uniósł z wysiłkiem głowę, później plecy przytwierdzone do głowy. Podparł się na pierzastych łokciach.
― Przenoszą mnie ― powiedział ponuro nie patrząc na Alicję ― do Sztokholmu ― do centrum rozrywki.
Drzwi szafy, otworzywszy się z trzaskiem walnęły flaminga w piękną, stylową pierś. Różowy markiz wyleciał jak z procy i przeleciawszy ładnych parę metrów, zarył w błotnisty brzeg rzeki.
― Cholera jasna! ― Zmełł w dziobie przekleństwo wściekły ptak. Zmełł i wypluł.
― Znów byłam nieuważna! W otwartych drzwiach stała młoda kobieta w białych kozakach. Zakrywała prawą dłonią usta. Lewą przyciskała prawą do ust. Wytrzeszczone oczy, przerażenie na twarzy, sweter na guziki. Wyglądała nieładnie.
― Nic ci nie jest?! ― Wybacz Ryszardzie! ― Zaraz przyniosę ścierkę! Alicja zniknęła w czeluściach szafy.
― Zaskoczyłeś mnie!
Jak zwykle, pomyślał flaming wpatrując się w niebo. Leżał na wznak zatopiony do połowy w żółtawym błocie. Jego długie, ciemnoróżowe nóżki wyglądały jeszcze smutniej niż szafa. Rozrzucone w nieładzie na powierzchni błota, jak gałązki wiśni, pomyślała Alicja wycierając ścierką lewy pazur flaminga Ryszarda, a głośno dodała:
― Wyprzystojniałeś Ryszardzie. Flaming Ryszard uniósł z wysiłkiem głowę, później plecy przytwierdzone do głowy. Podparł się na pierzastych łokciach.
― Przenoszą mnie ― powiedział ponuro nie patrząc na Alicję ― do Sztokholmu ― do centrum rozrywki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz